– Bez kontaktu z kulturą, bez wspólnego uczestnictwa w jej świecie i bez osobistego przeżywania dzieła sztuki jesteśmy ubożsi i łatwiej nami manipulować – mówi Irek Grin, pisarz i szef Rady Fundacji Olgi Tokarczuk.

 Agnieszka Hałas: Najpierw były Góry Literatury, a teraz Rzeki. Co zadecydowało o tym, że właśnie Zielona Góra i okolice będą miejscem siostrzanego festiwalu „Rzeki Literatury”?

Irek Grin: – Nasza Fundatorka, Olga Tokarczuk, urodziła się w Sulechowie i pierwsze dziesięć lat życia spędziła w Klenicy, mieszkając na terenie Uniwersytetu Ludowego, gdzie jej rodzice byli nauczycielami. Wiedzieliśmy, że wcześniej czy później tu zawitamy. Mamy to nawet zapisane w statucie.

Czego oczekujecie po „Rzekach literatury? Czy to jednorazowe wydarzenie czy początek nowej tradycji?

 – Zanim podjęliśmy decyzję o organizacji Rzek, musieliśmy się upewnić, że model upowszechniania kultury i promocji czytelnictwa, a także idei równościowych i ekologicznych, który przyjęliśmy i realizujemy choćby na Festiwalu Góry Literatury, jest właściwy i skuteczny. A kiedy tak się stało, postanowiliśmy przenieść nasze doświadczenia na region, który, jak wynika z analiz, ma jeden z najniższych wskaźników wydarzeń literackich w Polsce. Jeśli to, co zaproponujemy podczas pierwszej edycji spotka się z pozytywnym odzewem publiczności, jeśli się okaże ważne dla mieszkańców i turystów – będziemy wracać co rok. 

– Jaki jest klucz zapraszania autorów i twórców? Co o tym decyduje?

 – To bardzo skomplikowany i długotrwały proces, zależny nie tylko od naszych marzeń, ale też od wolnych terminów gości, których chcemy zaprosić. Poza tym podczas pierwszej edycji, chcieliśmy gównie porozmawiać z naszych scen o pojęciu „Ziem Odzyskanych” i tożsamości ludzi mieszkających dziś na zachodzie i północy kraju. Stąd dużo propozycji programowych, które się wprost do tych zagadnień odnoszą i kilka takich, które odnoszą się w sposób mniej oczywisty. Jak choćby najbardziej chyba oczekiwany punkt programu – otwarcie, podczas którego Olga przeczyta fragmenty swojej nowej powieści „Świata jest za dużo”, książki, które będzie miała premierę w październiku. 

-W nazwie pojawia się „rzeka”. Od razy myślimy o Odrze. Jak metafora rzeki przekłada się na program, dobór gości i charakter wydarzeń?

 – Tak jak Góry Literatury nie są festiwalem górskim, tak Rzeki nie będą… poświęcone żegludze śródlądowej. A mówiąc poważnie: oczywiście rzeka jako symbol, zarówno w kontekście życiodajnym, jak i transgranicznym, a także nostalgicznym czy wreszcie filozoficznym jest dla nas niezwykle inspirująca. Stąd na przykład pasmo poetyckie będzie odbywać się podczas rejsów Statkiem Kultury po Odrze. W starorzeczu będziemy wędrować podczas kilku spacerów przyrodniczo-literackich. Porozmawiamy ze Zbigniewem Rokitą, który upowszechnił pojęcie Odrzanii i z Andrzejem Stasiukiem, którego książka Rzeka dzieciństwa opowiada wprawdzie o innej rzece – Bugu – ale przecież bardzo ważnej również dla historii wielu obecnych mieszkańców Ziem Zachodnich. 

-Czy zauważa Pan zmiany w sposobie, w jaki publiczność bierze udział w popularnych dziś wydarzeniach literackich? Jak festiwal odpowiada na nowe potrzeby odbiorców? 

– Wydaje się, że duże wydarzenia literackie, a właściwie ich publiczność, mają na poziom czytelnictwa w skali globalnej wpływ fundamentalny. A liczba uczestników rośnie i jednym z powodów tego wzrostu jest bez wątpienia coraz więcej wydarzeń wakacyjnych i plenerowych, a także ich różnorodność. To już przecież – i jesteśmy tego najlepszym dowodem – nie są tylko tradycyjne spotkania autorskie, ale także koncerty, głośne czytania, warsztaty, spacery, dyskusje na ważne tematy społeczne, dla których książki są inspiracją. To uświadamianie wagi literatury jako jednego z najpoważniejszych źródeł diagnozy współczesnych problemów społecznych, środowiskowych i cywilizacyjnych. Innymi słowy stawiamy na rozmowę o literaturze jako istotnym czynniku zmian. To wszystko staje się coraz ciekawsze również dla tych, dla których książka nie jest pierwszym wyborem w decyzji o tym, jak spędzą czas.

 -Czy literatura ma rzeczywiście moc jednoczenia ludzi wokół wspólnych tematów, czy raczej jest przestrzenią niszową? Szczególnie w kontekście badań, z których wynika, że Polacy czytają coraz mniej.

 – Oczywiście. Literatura jest najbardziej starannym i wnikliwym sposobem komunikacji, jaki udało się ludzkości wynaleźć. Ludzie czytający są bardziej empatyczni i otwarci, i częściej od swoich nieczytających współobywateli osiągają sukcesy również w życiu zawodowym. Są bardziej krytyczni, mniej podatni na demagogię, manipulację i dezinformację. Słowo „nisza” jest obecnie w języku polskim fatalnie nacechowane semantycznie – powoli zbliża się znaczeniowo do pojęcia „marginesu”. Otóż nic bardziej mylnego – ludzie czytający częściej bywają liderami swoich mikrospołeczności. Oznacza to, że nawet jeśli czytelników jest w Polsce mniej niż tych, którzy nie czytają, to wpływ tych czytających na codzienne życie wszystkich może być społecznie ważniejszy niż wynikałoby to z jakichś suchych statystyk.

Pogłębiona rozmowa publiczna, której punktem wyjścia jest literatura, a która dotyczy najważniejszych problemów współczesności – a tak właśnie pojmujemy nasze działania festiwalowe – potrafi podnieść świadomość ludzi refleksyjnych i ciekawych świata, pozwolić im lepiej zrozumieć problem, a w konsekwencji uzbroić w argumenty, kiedy pojawi się spór światopoglądowy, o co dziś, głównie dzięki politykom, używającym języka w sposób brutalnie pragmatyczny, bardzo łatwo.

Poza tym, podczas takich wydarzeń, uczymy się kultury słowa. Nie jesteśmy napastliwi, agresywni, nie uprawiamy przemocy słownej. Kultura języka to coś, czego bardzo dzisiaj w Polsce potrzebujemy.

 – Gdyby miał pan wskazać najważniejsze przesłanie Festiwalu Rzeki Literatury, takie, które uczestnicy zabiorą ze sobą – co by to było?

 – Chciałbym, aby coraz więcej osób rozumiało, że obcowanie z kulturą jest równie ważne dla społeczeństwa, które chce świadomie budować odporne wspólnoty, jak wszystkie inne – wydawałoby się „bardziej potrzebne” – aktywności człowieka. Że bez kontaktu z kulturą, bez wspólnego uczestnictwa w jej świecie i bez osobistego przeżywania dzieła sztuki jesteśmy ubożsi i łatwiej nami manipulować. I że literatura, szukając nieocenzurowanej prawdy, nie ma w tym żadnego doraźnego, politycznego, wyborczego interesu. Robi to, gdyż w znaczącej większości walczy o przetrwanie godności, demokracji, równości. Od zawsze. Nie dajmy sobie tego odebrać.

Irek Grin –  pisarz, fotograf, wydawca, menedżer kultury, szef Rady Fundacji Olgi Tokarczuk

Fot. Piotr Pflegel