Dla mojego pokolenia teatr był drugim domem, w którym wychowywały się nasze dzieci. Tak było, choć być nie powinno – opowiada Elżbieta Donimirska, aktorka Lubuskiego . Teatru. Przed nami jej benefis. Przyjdziecie?
Ikona zielonogórskiego teatru obchodzi 40-lecie pracy scenicznej. Lubiana przez widzów, nagradzana „Leonami”. W Lubuskim Teatrze przy Al. Niepodległości występuje od 1989 r.. Właściwie grała w wszystko – od komedii dell’arte, po klasykę, teatr absurdu i dramat najnowszy. Lista ról przyprawia o zawrót głowy.
– A dwie najważniejsze, szczególne? – pytam.
– Wszystkie są takie – odpowiada Elżbieta Donimirska.
– Takie najszczególniejsze – nie daję za wygraną.
– Dobra, zdziwi się pan. Po pierwsze to role męskie. Po drugie, zupełnie niespodziewane. Byłam Pantalonem w „Sługach dwóch panów Goldoniego” i Lucky’m w „Czekając na Godota” Becketta. Dwa bieguny. Pierwszego powinien grać ktoś zdecydowanie starszy, a ja miałam tylko 29 lat. Druga postać, to małe marzenie wielu aktorów.
Pantalone był kluczem komedii włoskiej. Śmieszył i wkurzał. Stary, bogaty chciwiec, sprzeda wszystko by zarobić, dla pieniędzy wyda za mąż własną córkę. Byle komu. Lucky natomiast budzi sympatię. Przenikliwy choć niemal nic nie mówi. Symbolizuje samotnego mądrego wrażliwca.
– Pantalona miał grać Zdzisław Grudzień (legenda Lubuskiego Teatru – red), trudno mu się było pogodzić. Cały czas mi się przyglądał, patrzył na każdy ruch. Po premierze podszedł i mnie przytulił. Poczułam się szczęśliwa – opowiada aktorka.
***
Rodowita szczecinianka. Mama była motorniczą. – Uwielbiałam jako dziecko jeździć z nią tymi tramwajami. Pamiętam, jak siedziała na drewnianym stołku. Warunki były ciężkie, pracowała w ciągłym przeciągu. Wstawała o czwartej rano. Tata też wstawał i odprowadzał ją na przystanek – opowiadała aktorka w wywiadzie dla „Wyborczej”.
Kończyła technikum mechaniczne. Specjalność? Budowa maszyn. Dla zabicia nudy chodziła na warsztaty teatralne i kabaretowe. Dyrektor szkoły widział postępy i zatrudnił do pomocy fachowca. – Pan Kazimierz Kasiewicz, był emerytowanym aktorem i śpiewakiem z Opery i Operetki. Pochodził z Krakowa, bardzo się zaprzyjaźniliśmy. Technikum było pięcioletnie i jak byliśmy już dojrzałymi osobami, pan Kazimierz nauczył nas pić piwo, żeby gardło nie chorowało. Mi i koledze powiedział: „Wy musicie iść do szkoły teatralnej”. I tak się stało.
– Mama pilnowała, żebym na te zajęcia chodziła. Kiedy jechałam na studia do Wrocławia to się rozpłakała.
***
W dojrzałym wieku spędzi kilka sezonów w Teatrze Polskim w Szczecinie. Zagra m. in. Lewiwę w „Udręce życia” Hanocha Levina czy Celię Peachum w „Operze za trzy grosze” Bertolta Brechta i Kurta Weilla. Ma też epizod w Teatrze Osterwy w Gorzowie – cztery sezony.
– Ale cały mój rozwój artystyczny to Zielona Góra, – przyznaje.
W „Panu Tadeuszu” była Telimeną, w „Wizycie starszej pani” Klarą oraz Sową w „Gusłach”, które świat oglądał na słynnym festiwalu w Edynburgu. W „Małgośce z Zielonej” wcieliła się w rolę babci tytułowej bohaterki, w „Hamlecie” w Gertrudę.
Była nawet Chrystusem w „Historyji o chwalebnym zmartwychwstaniu Pańskim”. Spektakl wciąż żyje w anegdocie. Donimirska w finalnej, podniosłej scenie podnosiła hostię. Wszystkie reflektory na dłonie, a tu … pomalowane na pomarańcz paznokcie. – Bardzo je lubiłam – śmieje się. – Nie dałam zmyć.
– Przez cztery dekady wiele się zmieniło. Dla mojego pokolenia teatr był drugim domem, codziennością od rana do nocy, nasze dzieci się w nim wychowały. Wszystko podporządkowaliśmy aktorstwu i scenie. Może jednak tak nie powinno być, może życie nie powinno się aż tak przenikać z zawodem – ocenia.
Benefis
W dniach 10-26 kwietnia odbędą się w 5. Zielonogórskie Spotkania Artystyczne im. Piotra Machalicy. W programie znalazł się „Benefis Elżbiety Donimirskiej” Piekarnia Cichej Kobiety, 25 kwietnia, godz. 20, wstęp wolny (na zaproszenia do zdobycia w Piekarni).
Artur Łukasiewicz

Fot. Archiwum prywatne

Fot. archiwum Lubuskiego Teatru / Elżbieta Donimirska jako Pani Betterton w sztuce „Stworzenia sceniczne”











