
Fot. Marcin Krzywicki/Choć Falubaz na wygraną w Gorzowie czeka ponad siedem lat, w piątek nikt nie martwił się, że ta seria nie została przerwana.
Finałowe derby lubuskie o złoto w PGE Ekstralidze to niespełnione marzenie kibiców Falubazu i Stali od wielu lat. Jednak dwumecz fazy play-down stawkę miał porównywalną do meczu o mistrzostwo, a święty spokój i oszczędności w klubowej kasie są czasem ważniejsze od medali.
Jeśli cały sezon był burzliwy, to doskonałą jego puentą była derbowa rywalizacja z Gezet Stalą. Stelmet Falubaz najpierw wygrał u siebie 48:42, a w miniony piątek bronił tej przewagi nad Wartą. Dramaturgii dodała deszczowa pogoda i tor przykryty plandeką. Gdy już zaczęła się jazda, stawkę było widać na każdym metrze gorzowskiego owalu. Po ostatnim biegu, gdy Falubaz ostatecznie przegrał 43:47, ale wygrał dwumecz 91:89, kamień spadł z serc całej drużyny i kierownictwa Falubazu. – Wsadzili mnie z konia na żyrafę. Chłopaki mi zaufali i stworzyliśmy monolit – mówił po meczu w Gorzowie Marek Mróz, który zastąpił Grzegorza Walaska na stanowisku menedżera pod koniec rundy zasadniczej.
Cały sezon i to, co działo się wokół Falubazu mogłyby obdzielić temperaturą wrzenia wszystkie kluby PGE Ekstraligi. Sportowo zaczęło się od groźnych wypadków i kontuzji Leona Madsena i Kacpra Witrykusa podczas turnieju pożegnalnego Walaska. Duńczyk, choć ominął tylko pierwszy, wysoko przegrany mecz z Betardem Spartą we Wrocławiu, długo nie błyszczał. Młody junior Falubazu, który mógł namieszać w formacji młodzieżowej, właściwie stracił cały sezon. Niedługo później na listę kontuzjowanych dołączył Damian Ratajczak. W tle był spór byłego już prezesa Adama Golińskiego z kibicami, który poskutkował pustkami na pierwszym łuku podczas domowej premiery sezonu z Grudziądzanami.
Na pierwszy triumf Falubaz czekał do 1 maja, nad najsłabszym w stawce Krono-Plastem Włókniarzem Częstochowa. Na coś więcej niż zestaw obowiązkowy trzeba było czekać dłużej. 21 maja Zielonogórzanie pokonali Wrocławian 47:43. Tu do jazdy wrócił kolejny rekonwalescent, Dominik Kubera, który nie dość, że przechodził przez sprzętowe męczarnie, to jeszcze w Szwecji złamał obojczyk.
– Początek był fatalny, później kontuzja, zmiany sprzętowe i to wszystko nie zgrywało się w ogóle. Wiem, że stać mnie na dużo więcej. Mam nadzieję, że to już jest za mną i przyszły sezon będzie tylko lepszy – przyznał „Domin”. Zawodnik liczy, że uda się w przyszłym sezonie poukładać tor przy W69 tak, by był atutem gospodarzy, a w najbliższej przyszłości uporządkować też finanse. Nie jest tajemnicą, że klub ma zobowiązania wobec zawodników.
Szóste miejsce i uniknięcie dalszej walki o utrzymanie dają sportowy spokój, oszczędności, ale też czas na poukładanie spraw organizacyjnych, finansowych i właścicielskich w zaciszu klubowych gabinetów. Temu będą służyć najbliższe tygodnie.
Marcin Krzywicki

