Dla kogo jest Winobranie? Przede wszystkim rozrywka dla Zielonogórzan, czy też starannie wykreowany produkt, który ma nas promować w Polsce i przyciągać turystów? Jedno nie wyklucza drugiego. Przeciwnie. Bez szczerze uradowanych mieszkanek i mieszkańców, czujących się gospodarzami święta, nikt takiej promocji nie kupi.

Fot. Bartosz Mirosławski / Czas oddać klucz do miasta. Nadchodzą dni, gdy Bachus odciąży Marcina Pabierowskiego w zarządzaniu miastem. Prezydenta spotkacie jednak na Winobraniu i w trakcie oficjalnych obowiązków, i prywatnie na koncertach czy w Miasteczku Winiarskim
Z Marcinem Pabierowskim, prezydentem Zielonej Góry
rozmawiamy o Winobraniu
Jedna rzecz, po której poznamy, że Winobranie 2026 będzie inne, może lepsze od poprzedniego?
– Chciałbym, żeby to była jakość, a nie skala. Zależy mi, żeby mieszkanki i mieszkańcy, wychodząc z tegorocznego Winobrania, czuli, że każdy element, od Miasteczka Winiarskiego po korowód, jest przemyślany i dopracowany, a nie po prostu większy niż rok wcześniej. Jeśli ludzie powiedzą, że czuli się gospodarzami tego święta, a nie tylko jego uczestnikami, będę uważał, że się udało.
Winobranie jest dziś przede wszystkim świętem Zielonej Góry, czy też produktem turystycznym, który ma przyciągać ludzi z całej Polski?
– Zdecydowanie jednym i drugim, i to się wcale nie wyklucza. Winobranie od początku było świętem mieszkanek i mieszkańców Zielonej Góry i to musi pozostać jego fundamentem. Dopiero na tym fundamencie może wyrosnąć dobry produkt turystyczny, bo goście z całej Polski przyjeżdżają właśnie po to, żeby zobaczyć autentyczne, żywe święto, a nie atrakcję zbudowaną wyłącznie z myślą o turystach.
Pieniądze wydawane na organizację Winobrania są dla miasta inwestycją, czy też po prostu kosztem?
– Traktuję to jako inwestycję. Przez kilka dni Winobranie ściąga do miasta gości, którzy korzystają z lokalnej gastronomii, noclegów i usług, a przy okazji poznają Zieloną Górę jako miasto winiarskie, co procentuje przez cały rok w promocji regionu. Oczywiście każda złotówka z budżetu miasta musi być rozliczona i uzasadniona, ale patrzę na to długofalowo, a nie wyłącznie przez pryzmat kosztu jednej imprezy.
44 winnice w tegorocznym Miasteczku Winiarskim to rekord. Dni Zielonej Góry są już wystarczająco winiarskie? Chcemy się przy tej okazji kojarzyć w Polsce przede wszystkim z zielonogórskimi winnicami, mniej z jarmarkiem, lunaparkiem i gwiazdami muzycznymi?
– Ten wzrost bardzo mnie cieszy i pokazuje, że winiarska tożsamość Zielonej Góry jest dziś silniejsza niż kiedykolwiek. Chcemy, żeby Miasteczko Winiarskie rosło również w kolejnych latach, bo to właśnie ono odróżnia nasze święto od innych festynów w Polsce. Nie stawiałbym jednak winnic w opozycji do jarmarku, lunaparku czy koncertów, bo Winobranie od pokoleń jest świętem dla wszystkich. Zależy mi, żeby winiarstwo było jego wizytówką i sercem, a reszta programu je dopełniała, a nie zastępowała.
Traktujemy Winobranie jako element całorocznej promocji zielonogórskiego winiarstwa?
– Zdecydowanie tak, to promocja tradycji winiarskiej naszego miasta, i to jest kierunek, w którym konsekwentnie idziemy. Spacery winiarskie, otwarte piwnice, degustacje, WinoBusy czy Lubuska Akademia Wina mają żyć własnym życiem także poza dniami Winobrania, budując markę zielonogórskiego wina przez cały rok. Chcemy, żeby po zakończeniu święta pozostawały nawiązane kontakty między winiarzami a turystami, nawyk odwiedzania piwnic, wiedza o historii i tradycjach naszego miasta, a nie tylko wspomnienie kilku wrześniowych dni. Nawet jeśli były bardzo udane [śmiech].
Korowód, jeden z najbardziej wyczekiwanych punktów Winobrania – zmienia się na lepsze? Władze miasta chcą widzieć w nim więcej Zielonej Góry sprzed lat, winnic, dawnych zawodów, mieszkańców, historii miasta? Czy w ogóle ingerujecie w koncepcję reżysera?
– Jestem zadowolony z kierunku tych zmian, choć to wciąż żywy, rozwijający się element Winobrania. Zależy nam, żeby w korowodzie było widać historię miasta, tradycje winiarskie i to, co Zieloną Górę wyróżniało od pokoleń, obok współczesnych treści bliskich dzisiejszym mieszkankom i mieszkańcom. Miasto określa oczekiwania i kierunek, natomiast konkretną koncepcję artystyczną tworzy reżyser i to jego kompetencja, w którą staramy się nie ingerować, tylko prowadzić dialog.
Prezydent Zielonej Góry rezerwuje podczas Winobrania choćby jeden wieczór dla siebie i bliskich? Na jaki koncert wybierze się Pan prywatnie i z jakich atrakcji skorzysta?
– Staram się zostawić sobie jeden wieczór wyłącznie dla rodziny, bez telefonu i obowiązków, bo Winobranie to dla mnie też czas, który chcę dzielić z bliskimi, a nie tylko z mieszkankami i mieszkańcami jako prezydent. Z koncertów najchętniej wybieram się tam, gdzie mogę po prostu postać w tłumie i posłuchać muzyki. Nie zdradzę teraz, który to będzie w tym roku wykonawca, żeby nikogo nie reklamować. Muzyka to rzecz gustu, a o gustach podobno się nie dyskutuje [śmiech]. A z atrakcji najbardziej lubię po prostu spacer przez Miasteczko Winiarskie wieczorem, kiedy jest tłoczno, gwarnie i kolorowo.
A co jest największym problemem Winobrania: pieniądze, bezpieczeństwo, logistyka, hałas dla mieszkańców w centrum miasta, tłumy, czy może znalezienie dobrego pomysłu?
– Największym wyzwaniem jest znalezienie równowagi między skalą wydarzenia a jego tradycyjnym, kameralnym charakterem. Bezpieczeństwo i logistyka przy tak dużych tłumach to codzienna, ciężka i odpowiedzialna praca wielu służb. To musi być zapięte na ostatni guzik, ale to raczej stałe zadanie organizacyjne niż problem. Prawdziwym wyzwaniem jest to, żeby przy rosnącej liczbie gości i atrakcji Winobranie nie straciło duszy i nie stało się dla mieszkanek i mieszkańców centrum miasta wyłącznie źródłem hałasu i utrudnień, tylko pozostało ich własnym świętem, na które wszyscy czekamy każdego roku.
Andrzej Tomasik

