Gęsim piórem na pergaminie, ze szczerozłotą, majestatyczną winietą Władysław IV zezwala kupcom z miasta Grünberg na bezcłowy handel z Rzeczpospolitą. Chociaż po jednej stronie granicy urzędowo obowiązuje łacina, a po drugiej wszyscy mówią po niemiecku, dokument z odręcznym podpisem i królewską pieczęcią sporządzono po polsku, a władca konsekwentnie trzyma się zapisu Zielona Góra.

Fot. Andrzej Tomasik / „Na co dla lepszcy wiary ręką się Naszą podpisawszy pieczęć koronną przycisnąć rozkazaliśmy” – zakończył dokument z 1641 r. przygotowany dla władz i kupców z naszego miasta król Władysław IV Waza
Nastoletni Johannes Beer, syn Dauida, chłopa z Wilkanowa, i Marii z domu Schultz, uzyskawszy wystawione przez burmistrza i rajców miasta Grünberg świadectwo prawego urodzenia i przynależności do narodowości niemieckiej, może przystąpić do grona czeladników.
Huczna impreza, a po niej tobołek na drogę
Na początek musi się wkupić w łaski mistrzów i innych adeptów fachu, zapraszając ich na suto zakrapianą ucztę. Po wniesieniu opłat statutowych, wreszcie zostaje czeladnikiem. Jest rok 1650.
Johannes ma przed sobą cztery-pięć lat nauki zawodu. Na koniec tego etapu przystąpi do egzaminu praktycznego. Przygotuje tzw. majstersztyk, na który krytycznym okiem spojrzą i ocenią wszyscy członkowie cechu. Jeśli zyska ich aprobatę, sam zostanie mistrzem.
Zanim zacznie świadczyć usługi, czeka go jeszcze co najmniej kilkumiesięczna, a niewykluczone, że nawet kilkuletnia wędrówka. Spakuje tobołek i podrepcze, szukając stażu u mistrzów z innych miejscowości. Z jednej strony po to, żeby zyskać doświadczenie i sprawdzić się w różnych warunkach, ale także z zamysłem poznania zawodowych nowinek, które później wprowadzi na lokalny rynek.
Jedno jest pewne: nie chodziło o winiarstwo
Świadectwo prawego urodzenia niestety nie mówi nam, za jakie rzemiosło przed blisko 400 laty zabierał się Johannes Beer. Najbardziej prawdopodobne wydaje się sukiennictwo lub profesja z tym powiązana. Nie byłoby jednak szczególnym zaskoczeniem, gdyby przyuczał się na rzeźnika bądź szewca.
– Zachowane z tamtych czasów rejestry pokazują, który cech odprowadzał najwyższe podatki. Widzimy konkretnie kwoty odprowadzane zarówno od nieruchomości, jak i od produkcji przedstawicieli wszystkich cechów, wymienianych z imienia i nazwiska. Na podstawie materiałów archiwalnych historycy wyciągnęli wnioski, że w XVII-wiecznym Grünbergu prym wiedli sukiennicy – mówi Beata Grelewicz, dyrektor Archiwum Państwowego w Zielonej Górze.
Nasze miasto słynęło zatem z produkcji i obróbki sukna. Cesarz Leopold I wystawił nawet certyfikat dla jego postrzygaczy. Sporą i dość bogatą grupę stanowili rzeźnicy. Płacili relatywnie duże podatki, wchodzili w skład rady miejskiej, co oznacza, że byli grupą wpływową.
Szewcy, piekarze, krawcy, kuśnierze, kowale i ślusarze, tkacze lniani, farbiarze, szklarze, introligatorzy, garncarze, kołodzieje, kapelusznicy, stolarze, czesacze sukna, bednarze, mydlarze, golarze… W sumie kilkadziesiąt opisanych cechów w mieście, które mogło mieć ledwie kilka tysięcy mieszkańców. Ciekawostka: nie było wśród nich ani jednego złotnika. Czyżby mieszczanom w Grünbergu się nie przelewało?
Mocniej zastanawia jednak brak w tej wyliczance winiarzy i browarników. Dyrektor Grelewicz wyjaśnia: – Warzenie piwa i wyrób wina były wówczas bardzo powszechne. Rzemieślnicy traktowali to jednak jako działalność dodatkową i w tym okresie nie tworzyli odrębnych cechów poświęconych produkcji alkoholu.
Król znosi cła
Sukiennikom w Grünbergu mogłoby się wieść gorzej, a ich fach nie wydałby się najbardziej prawdopodobnym wyborem Johannesa Beera, gdyby nie wolny handel z Rzeczypospolitą.
Kilka lat wcześniej, zanim syna chłopa z Wilkanowa został czeladnikiem, interesy zielonogórskich rzemieślników komplikowały się. Grünberg stanowił wówczas część Księstwa Głogowskiego we władaniu Habsburgów (ich Monarchia panowała m.in. nad Czechami, Węgrami czy Austrią). Rzeczpospolita, chroniąc swoje rynki, niczym współczesny Donald Trump, stosowała cła, a polscy urzędnicy z przygranicznych miejscowości – bywało – rekwirowali towary zielonogórskim kupcom.
Istnieje prawdopodobieństwo, że odbywało się to w sposób nie do końca zgodny z obowiązującym prawem. W każdym razie cła okazały się kwestią na tyle dyskusyjną i sporną, że przedsiębiorcy, którzy wywozili z miasta wytwory sukienników i próbowali sprzedawać je za granicą Księstwa, poskarżyli się na praktyki polskich urzędników. Sprawa trafiła wprost do Władysława IV Wazy.
Perełka z archiwum
Król Polski, przeanalizowawszy roszczenia, uznał ich zasadność. I w 1641 r. wystawił glejt zezwalający na wolny handel między dawną Zieloną Górą a Rzeczypospolitą.
– Dokument musiał mieć bardzo duże znaczenie dla gospodarki miasta i całego regionu. Po pierwsze, chronił tutejszą wytwórczość i handel, umożliwiając bezcłowe poszerzanie rynków zbytu. Po drugie, mamy do czynienia z sytuacją, gdy władca Polski wziął w obronę kupców nienależących do jego królestwa, tylko do Habsburgów, z którymi Rzeczpospolita z reguły rywalizowała – wskazuje Beata Grelewicz. – Tymczasem w tym dokumencie król dokładnie występuje przeciwko nieprawnemu konfiskowaniu towarów kupcom z miasta Zielona Góra w Księstwie Głogowskim przez urzędników polskich pobierających cła i myta.
Chociaż urzędowo obowiązywała łacina, a skarżący się kupcy na co dzień posługiwali się językiem niemieckim, to królewscy kanclerze wystawili okazały, ze zdobioną złotem intytulacją, akt po polsku, tłumacząc nawet nazwę miasta na Zielona Góra. I wbrew pozorom nie chcieli w ten sposób okazać adresatom lekceważenia. Przeciwnie, z praktycznego względu stanowiło to atut. Miejscy przedsiębiorcy z Grünbergu zyskali czarno na białym zapisy dla nich korzystne, a przy tym czytelne i jednoznaczne dla każdego polskiego oficjela.
Pismo Władysława IV Wazy zachowało się w świetnym stanie do dziś i należy do najcenniejszych pamiątek w zbiorach Archiwum Państwowego w Zielonej Górze.
Przez Góry Harzu powrót do macierzy
Podobnie jak treść i forma dokumentu króla Polski dla zielonogórskich kupców zdumiewają też jego losy. – W XVIII w. Grünberg wraz ze znaczną częścią historycznego Śląska został zdobyty przez Królestwo Prus. Jurysdykcyjnie archiwa miejskie podlegały Staatsarchiv Breslau, czyli Archiwum Państwowemu we Wrocławiu. Jego archiwiści przyjeżdżali na kontrolę, by sprawdzać, czy dokumenty są przechowywane w należytych warunkach. Gdy okazało się, że tak nie jest, najcenniejsze zbiory zostały przekazane w depozyt do wspomnianego już Staatsarchiv – opowiada Beata Grelewicz.
W styczniu 1945 r. do Breslau zbliżał się front II wojny światowej. Niemcy przetransportowali w góry Harzu najstarsze i najcenniejsze dokumenty z archiwum, w tym 59 zielonogórskich, aby chronić je przed prawdopodobnym zniszczeniem.
W 1980 r. zbiory wróciły do Wrocławia, a w 2017 r. Naczelny Dyrektor Archiwów Państwowych zgodził się, aby list królewski razem z 40 innymi dokumentami zielonogórskimi został przekazany z powrotem do naszego miasta, pozostając pod opieką powstałego w 1953 r. Archiwum Państwowego w Zielonej Górze.
Andrzej Tomasik

Fot. Andrzej Tomasik / Świadectwo (z 1650 r.) prawego urodzenia Johannesa Beera, podstawa przyjęcia do grona czeladników w mieście Grünberg

Fot. Andrzej Tomasik / – Czeladnik oprócz powinności zawodowych musiał dbać o porządek w kościele, uczestniczyć w pogrzebach członków cechu i rodzin, a także moralnie się prowadzić. Co dla nas dzisiaj jest już zupełnym kosmosem, musiał też przedstawić tzw. świadectwo prawego urodzenia, czyli udowodnić w oparciu zeznania świadków, że pochodzi z prawego łoża – mówi Beata Grelewicz, dyrektor Archiwum Państwowego w Zielonej Górze

Fot. Andrzej Tomasik / Cesarz Leopold I wystawił certyfikat dla cechu postrzygaczy sukna z miasta Grünberg

