
Lata 60. XX wieku. Pałac w Klenicy, w którym dzieciństwo spędziła Olga Tokarczuk. Mieścił się tam Lubuski Uniwersytet Ludowy, w którym pracowali rodzice Olgi, Wanda i Józef / Fot. Archiwum Antoniego Banasiewicza
Klenica, lata 60. XX wieku. Od lewej: Olga Tokarczuk (pierwsza z prawej) z koleżankami z przedszkola / Fot. Archiwum Danuty Woś, Olga Tokarczuk z Markiem Banasiewiczem / Fot. Archiwum Antoniego Banasiewicza, Kilkuletnia Olga z członkami zespołu Kleniczanie / Fot. Archiwum Gminnego Ośrodka Kultury w Bojadłach
Przyszła noblistka urodziła się w Sulechowie, ale dzieciństwo spędziła w pobliskiej Klenicy. – Jak została pani pisarką? – spytał Olgę Tokarczuk jeden z czytelników. – Myślę, że to te lata spędzone w Klenicy, gdzie był uniwersytet ludowy. Moi rodzice byli nauczycielami i ja byłam bardzo nietypowo wychowywana.
Klenica, 15 minut autem od Sulechowa. Na skraju wioski stoi myśliwski pałac Radziwiłłów. W 1884 r. postawił go polski książę Antoni Radziwiłł, który na co dzień mieszkał w Berlinie. Obok pałacu potężny park, dwa stawy, 800 metrów dalej wije się Odra.
“Moi rodzice nie byli do końca plemieniem osiadłym. Wiele razy przeprowadzali się z miejsca na miejsce” – pisze Olga Tokarczuk w “Biegunach”.
Wanda i Józef Tokarczukowie przyjechali do Klenicy pod koniec lat 50., gdy z Iłowej Żagańskiej przeniesiono tam Lubuski Uniwersytet Ludowy. Nową siedzibą stał się właśnie pałac.
Uniwersytety ludowe narodziły się w Skandynawii. W Polsce były popularne jeszcze przed wojną. To lewicowa idea, bliska duchowi PPS-u, którą chętnie wspierały nowe komunistyczne władze. W PRL-u podlegały Związkowi Młodzieży Wiejskiej.
Kursanci mieli 17, 18, czasem 20 lat. Zdarzali się chłopcy po wojsku, dziewczyny, które nie ukończyły szkoły. Kursy miały ich przygotować do pracy kulturalno-oświatowej, np. w klubokawiarniach. I przy okazji ukształtować w duchu władzy ludowej.
W pałacyku myśliwskim działał internat, na pierwszym piętrze mieszkały dziewczęta, nad nimi chłopcy. To miejsce przez kilka miesięcy było szkołą i domem dla 50 młodych osób z całej Polski.
W 1962 r. rodzi się Olga. W Sulechowie, gdzie była najbliższa porodówka. Dzieciństwo spędzi wśród dorosłych i dorastającej młodzieży.
“Dorosłych, ale niezaganianych, niezapracowanych. Przypominało to wielką komunę, kulturalnie nastawioną do życia. Tam się cały czas coś działo” – mówiła w 1997 r. w wywiadzie dla “Gazety Lubuskiej”.
Z zespołem po całym województwie
Józef “Ziutek”, ojciec Olgi, prowadził zespół pieśni i tańca, który składał się z kursantów uniwersytetu. Uczył tańca i choreografii. Do zespołu należeli wszyscy, bez względu na talent.
– Był bardzo dobrym choreografem. W ciągu trzech miesięcy potrafił przygotować nowy zespół do występów, a to była duża sztuka – mówił mi w 2019 r. Ryszard Hojka z Klenicy, który występował w zespole.
Przez kolejne cztery miesiące zespół jeździł na występy. Uroczystości państwowe, pochody pierwszomajowe, wizyty w zakładach pracy.
Próby najczęściej odbywały się popołudniami i wieczorami. Często przychodziła na nie Olga. – Ganiała z moim synkiem Markiem. Trzymali się za rączki, brykali po sali – opowiadał mi Antoni Banasiewicz, dyrektor LUL-u (tak nazywano uniwersytet w Klenicy) w latach 1964-66.
W 1969 r. zespół przeszedł poważną zmianę. Otworzył się na mieszkańców Klenicy, przyjął nazwę Kleniczanie.
Zachwyt nad Anną Kareniną
Wanda skończyła polonistykę. W LUL-u miała wykłady z języka polskiego i kultury. Pomagała mężowi prowadzić zespół, była odpowiedzialna za chór.
– Wanda była pod dużym wrażeniem Waldemara Babinicza, legendy uniwersytetów ludowych. Poznała go na Kielecczyźnie, skąd pochodziła. To pod jego wpływem zainteresowała się tą ideą – wspominał mi Antoni Tejchma, były dyrektor uniwersytetu w Klenicy, brat znanego PRL-owskiego ministra kultury. W Klenicy był dyrektorem w latach 1966-1970.
– Znakomita polonistka, oczytana, niesamowita znawczyni literatury. Jak na wykładzie mówiła o Annie Kareninie, to ja też szeroko otwierałem gębę – zapamiętał Tejchma.
Żyła życiem uniwersytetu
– Jestem absolutnie przekonany, że decydujące znaczenie w ukształtowaniu postawy i wrażliwości Olgi mieli jej rodzice – mówił Tejchma. – Olga żyła życiem uniwersytetu, była nim przesiąknięta – wspominał.
Mała Ola (tak mówili na nią w Klenicy) uczestniczyła we wszystkich wydarzeniach w pałacu. Tejchma wspominał, że Olgi wszędzie było pełno. – Biegała między mamą i mną, przekazywała wiadomości. “Panie dyrektorze, mama nie będzie mogła przyjść na zebranie. Przyszli do nas goście” – mówił.
– Atmosfera u nas nie była taka jak w zwykłej szkole, nie było takiej dyscypliny. Mieliśmy zasady bardziej oparte na partnerstwie – opowiadał były dyrektor.
Jak została pani pisarką? – spytał Olgę Tokarczuk jeden z czytelników, który w 2015 r. przyszedł na spotkanie do BWA w Zielonej Górze. – Myślę, że to te lata spędzone w Klenicy, gdzie był uniwersytet ludowy. Moi rodzice byli nauczycielami i ja byłam bardzo nietypowo wychowywana. Pałętałam się między zajęciami, brałam udział w przedstawieniu “Dziadów”, które robiła moja mama. Grałam jako statystka w przedstawieniach teatralnych – mówiła.
Tokarczukowie opuścili Klenicę w 1971 r. Przenieśli się do Kietrza w Opolskiem, pod granicą z Czechami. Tam Olga skończyła podstawówkę, potem liceum.
Szymon Płóciennik




