Z pociągu na dworcu kolejowym w Zielonej Górze wysiadł aktor-lalkarz. Tuż po szkole teatralnej. Przyjechał z Jastrzębia-Zdroju, dostawszy angaż w Lubuskim Teatrze. Był rok 1999. Przybysz ze Śląska nie mógł wtedy wiedzieć, że stanie się jednym z najbardziej rozpoznawalnych mieszkańców naszego miasta. Chociaż…

Fot. Andrzej Tomasik / – Ludzie opowiadają mi, skąd przybyli do Zielonej Góry specjalnie na Winobranie. Bezkonkurencyjna była para z Wysp Zielonego Przylądka
– opowiada Marcin Bachus Wiśniewski, którego w sobotni wieczór prezydent Marcin Pabierowski odznaczył srebrnym medalem „jako wyraz uznania
za osiągnięcia mające znaczenie dla miasta Zielona Góra”.
– Gdy zobaczyłem Winobranie, wydumałem sobie, że fajnie byłoby być tym Bachusem, bo mam warunki. Koledzy z teatru utwierdzali w przekonaniu, że się nadaję i na pewno przyjdzie moja kolej, tylko muszę zaczekać – wspomina Marcin Wiśniewski.
„Bachus to już nie rola. To stan umysłu”
– Czekałem osiem lat. Aż zmienił się organizator Winobrania. W 2007 roku dowodzenie przejęła firma Aspe. Pracowała tam moja koleżanka, która pewnego dnia zadzwoniła i powiedziała: „Masz być Bachusem, i nic więcej mnie nie interesuje”. No i jestem, już dwudziesty rok.
Wiemy już, jak historia się zaczęła. A jak się skończy?
– Każde Winobranie traktuję tak, jakby miało być już ostatnie. To jednak ani objaw przesytu, ani rzeczywiste pragnienie, ale wyraz szerszego podejścia do życia – tańcz, jakby to był twój ostatni taniec, baw się, jakby to była twoja ostatnia zabawa. A rola Bachusa? Niech trwa i się nie kończy!
I nie ma Pan tego dosyć?
– Może jestem jedną z niewielu osób, które naprawdę lubią Winobranie. Dla mnie to już nie jest tylko rola, lecz stan umysłu. Wszystko się zmienia, kiedy zakładam wieniec i te szaty.
Co w tym fajnego?
– W zasadzie to są same plusy. Może przesadzę z górnolotnością, ale postrzegam to jako misję niesienia dobra, szczęścia i życzliwych słów: żyj wesoło, bądź zdrów. Takie to niby łatwe i oczywiste, a jednocześnie tak dziś deficytowe. Gdzie się pojawiam, ludzie się uśmiechają. Proszą o możliwość dotknięcia mojego brzucha na dobrą wróżbę.
„Uśmiech potrafi boleć”
Trafiają się dni, w których Marcin Wiśniewski miewa dość bycia Bachusem?
– Nie wiem, czy chcę o tym mówić… Powiem, żeby ludzie zrozumieli. Kiedy odmawiam im wspólnego zdjęcia, to wyłącznie dlatego, że jestem już w ogromnym niedoczasie, spóźniony na kolejne oficjalne spotkanie.
Ludzie oczekują chyba, że musi pan nieustannie tryskać humorem.
– Tak. I choć często nazywają mnie Dionizosem, Zeusem, Neptunem, a dopiero na końcu Bachusem, z zasady ich nie rozczarowuję. Jestem m.in. kabareciarzem. Doświadczenia z tej sceny pomagają mi rozbawiać innych, wchodzić w interakcję i błyskawicznie ripostować. Czasami pozwalam sobie na wyjątki. Bywam po prostu chwilowo zmęczony. Potrzebuję minuty odpoczynku, by rozluźnić mięśnie twarzy. Uśmiech potrafi boleć. Bilans wad i zalet bachusowania zdecydowanie wypada na plus. Ja to po prostu uwielbiam.
Gdy zdejmuje Pan wieniec i szatę, wraca anonimowość?
– Nie, z reguły ludzie mnie rozpoznają, co też jest dla mnie bardziej przyjemne niż kłopotliwe. Bywa także pomocne. Zdarzyło się jednak, że pani, obsługując mnie w urzędzie, miała za plecami ogromny kalendarz ze zdjęciem Bachusa. Dopóki sam nie podpowiedziałem, że ma mnie z dwóch stron – przed i za sobą, nie rozpoznała, gdy stałem zwyczajnie ubrany.

Fot. Bartosz Mirosławski

Fot. Bartosz Mirosławski

Fot. Andrzej Tomasik
„Zakopane ma swojego misia z Krupówek, ja nie chcę wypaść z szuflady Bachusa”
Przez wiele lat Bachusa widywało się tylko przy okazji Winobrania. Dziś to symbol Zielonej Góry na wszelkie okazje.
– Bo wymyśliłem, że Bachus może promować miasto i różne uroczystości przez cały rok. Kiedyś ta postać pojawiała się na otwarciu Dni Zielonej Góry, przejmowała klucz. Na zakończenie szła w korowodzie, niewiele ponad to. Ja sobie powiedziałem, że jak już zostanę tym Bachusem, to będzie mnie wszędzie pełno. Rozpocząłem tradycję odwiedzania przedszkoli i szkół. Bardzo lubię też wizyty u seniorów, opowieści pionierów Zielonej Góry. Niewiele mnie to kosztuje, a dostaję mnóstwo oznak radości i wdzięczności. Postać, którą przez 20 lat budowałem, cieszy się chyba powszechną sympatią i szacunkiem. To mnie napędza, daje paliwo i sprawia, że jeszcze bardziej chce mi się żyć.
Bachusowanie to dziś główne zajęcie?
– Na początku pracy w Zielonej Górze zajmowałem się ożywianiem lalek. Później zrobiłem także egzamin dramatyczny przed komisją, której przewodniczącą była Anna Dymna, a jednym z członków Wiesław Komasa, który obsadził mnie w spektaklu dekady Lubuskiego Teatru: „O beri-beri”, na podstawie dramatu „Matka” Witkacego. Dziś jestem związany z Teatrem Cztery Kąty. Mamy swoją scenę przy ul. Fabrycznej. Zaczęliśmy od przedstawień dla dzieci. Pracujemy nad tym, żeby wreszcie zacząć robić sztuki dla dorosłych. Ale zajmowałem się i zajmuję różnymi dziedzinami. Nie boję się żadnej pracy, pod warunkiem, że będzie mi się podobała.
Łatwo wyjść na scenę aktorowi kojarzącemu się głównie z postacią Bachusa?
– Wielu znakomitych aktorów odegrało role, które zdominowały cały ich dorobek. Andrzej Grabowski zostanie zapamiętany jako Ferdek Kiepski. Żeby jednak nie było, że sam stawiam się w jednym szeregu z Grabowskim, będzie inne odniesienie: Zakopane ma swojego misia z Krupówek, ja nie chcę wypaść z szuflady Bachusa. Dobrze mi w niej. To jest moje miejsce. Kiedy trzeba, umiem też wcielać się w inne role. Od 15 lat jestem np. Herodem w zielonogórskim orszaku Trzech Króli. I od 15 lat co roku ścinają mi głowę.
„Moje dzieci nie znają innego Bachusa”
Najbliżsi dobrze znoszą Pana sławę i wrześniowy brak czasu?
– Gdy zostawałem Bachusem, córka miała dwa lata, a syn przychodził na świat. Anegdota. Pani w przedszkolu opowiadała dzieciom o Winobraniu, tradycjach. Napomknęła, że nieodłącznym trunkiem Bachusa jest wino. Córka kilka razy próbowała protestować. Wreszcie tupnęła i oświadczyła, że tata zdecydowanie woli piwo…
Odkąd moje dzieci sięgają pamięcią, zawsze wcielałem się w Bachusa. Dla nich to sytuacja zwykła. Jeśli chodzi o kierunki studiów, nie poszły w moje ślady, niemniej oboje, a także żona, którą poznałem już po przyjeździe do Zielonej Góry, wspierają mnie. Akceptują też to, że gdy przychodzi wrzesień, nie ma mnie w domu od świtu do nocy.
Wieniec i szata – dobrze słyszałem, że towarzyszą Panu od 20 lat?
– Tak. Alicja, kreatywna zielonogórska krawcowa uszyła ten już gdzieniegdzie poprzepalany strój, a artystka Natalia wykonała wianek, który kilka razy przechodził lifting, niemniej wiele elementów pozostało niezmienionych przez dwie dekady.
Andrzej Tomasik

