Wśród rówieśników wygrywał najbardziej znane maratony rowerowe w Polsce. Postępujący z wiekiem ubytek sił i kilka przypadłości zdrowotnych zdecydowały, że przestał kopać się z koniem. Z klasycznego roweru przesiadł się na „elektryka”.
– To była najlepsza decyzja. Pozostałem wierny swojej pasji. Mniej się zmęczę, więcej zobaczę. Emerytowi wspomaganie nie przynosi ujmy – mówi 70-letni Zielonogórzanin Mirosław Pyszczek.
Twórca Piekła Przytoku
Pasjonaci elektroniki mogą kojarzyć go ze sklepu przy ul. Jedności. Najpierw pracował w nim jako pracownik znanej marki Unitra. Gdy firma padła, wraz z żoną dzierżawili lokal, sprzedając części pod własnym szyldem MIWA.
Zielonogórskim pasjonatom kolarstwa wręcz nie wypada nie wiedzieć, że to właśnie on wymyślił Piekło Przytoku. Przez kilka lat w gronie Ogniska TKKF Cyklomaniak współorganizował ten wyścig, o czym obecni gospodarze tej imprezy zdają się nie pamiętać. Wraz z Pawłem Schreiterem i z solidnym wsparciem TKKF kilka lat wcześniej wystartowali z cyklem wyścigów dla amatorów MTB po Wzgórzach Piastowskich.
Zakurzony składak w piwnicy
Pyszczek był już wtedy mocną postacią lokalnego środowiska pasjonatów kolarstwa. Uczestnikiem wielu wyścigów i wypraw organizowanych w gronie dawnych asów Trasy Zielona Góra. W przeciwieństwie do nich nie miał zawodniczej przeszłości. Mało. Jako dorosły mężczyzna w ogóle nie wsiadał na rower.
W 1996 roku zapaliła się jednak iskierka, skłaniając do wyciągnięcia z piwnicy zakurzonego składaka. I pierwszej pięciokilometrowej przejażdżki, która wówczas napawała dumą. Po składaku przyszła kolej na zdatną do dłuższych wypraw damkę na dużych kołach. „Na tym sprzęcie buszowałem po okolicznych lasach. Powoli łapałem kolarskiego bakcyla.” – wspomina na swoim blogu.
Żywioł: maratony
Pierwszego górala kupił na chynowskiej giełdzie. Zero amortyzacji, ale zawziętemu pasjonatowi żaden sprzęt nie przeszkadza. Zaczęły się wyprawy w góry. Creshowe dresy zamienił na fachowe, obcisłe kolarskie stroje, nauczył się jeździć w butach i pedałach z systemem SPD..
Pedałował coraz więcej i coraz szybciej, sprzęt wymieniał na coraz lżejszy i efektywny, dochodząc do szczytu, czyli karbonowej ramy. Przydawała się na trasie. Bo krótkie przejażdżki i sprinterskie wyścigi szybko przestały sprawiać frajdę. – Lubiłem samotne, długie wyprawy. Zasmakowałem także w maratonach MTB. W początkowych latach panowała na nich przyjazna, wspaniała atmosfera – opowiada.
Szczupły, wręcz wyżyłowany, bez zbędnych gramów, niczym kozica wspinał się na szczyty gór i podiumowe lokaty kolejnych imprez. Porywał się na niemal szaleńcze wyczyny, zjeżdżając na rowerze po ośnieżonym stoku Puchatek w Szklarskiej Porębie. Gdy maratony MTB straciły urok i koleżeńską otoczkę, nastała moda na szosówki. Uległ.
Tam, gdzie latają orły Tour de France
Szczyt formy, pasji i kilometrażu to początek lat 2000. Polskie czy czeskie góry nie robiły już wrażenia. Co innego – Alpy. Wspinaczki na Alpe D’Huez, dwa starty w La Marmotte, w tym jeden kończony praktycznie bez klocków hamulcowych, gdy przy największych stromiznach rower trzeba było sprowadzać, a do pokonania było ponad pięć tysięcy metrów przewyższenia na 174-kilometrowym dystansie.
Później szukał wyścigów dla szosowych ultrasów w Polsce. 2003 rok cykl supermaratonów Pucharu Polski zakończył na drugim miejscu w klasyfikacji open i zwycięstwem w klasyfikacji 40 latków. Wygrał też wyścig na zabójczym dystansie 765 km na pętlach wokół Zalewu Szczecińskiego, dojeżdżając do mety po 30 godzinach i 47 minutach.
Regularne treningi ucierpiały, gdy zaczął poznawać otwarte zawody dla amatorów od kuchni. Wspomniane już przygotowania do cyklu MTB i Piekła Przytoku pochłaniały mnóstwo czasu i wolontariackiej pracy.
Jadę bez wysiłku. Dobrodziejstwo
Kilka lat temu zdecydowali z żoną, że nastał czas, by ostatni raz zamknąć drzwi do sklepu MIWO, który przez lata prowadzili codziennie, nie pozwalając sobie na urlopy. Wspólne rowerowe wyjazdy zaliczali tylko w weekendy. Najchętniej zapuszczali się wtedy na ścieżki po drugiej stronie Odry, gdzie infrastruktura dla bicyklistów oraz nawyki kierowców samochodów dają poczucie większego bezpieczeństwa.
Żona najpierw na damce, później na „elektryku”, on na rowerze tradycyjnym. W ten sposób zaliczyli mnóstwo wspólnych wycieczek. Wcześniej Mirosław Pyszczek stracił zacięcie do udziału w wyścigach. Z wiekiem ubywało sił. Piętno odcisnęły dwie operacje i inne problemy zdrowotne.
– Sam długo się broniłem przed przesiadką na rower ze wspomaganiem. Kiedyś zliczyłem swój kilometraż. Wyszło na to, że dopedałowałbym na księżyc. Pomyślałem: wystarczy tego. Dziś z pozycji 70-letniego emeryta powiem, że to była najlepsza decyzja. Warto zdecydować się na porządny sprzęt, dobre zapięcie antykradzieżowe i w drogę! Do domu wrócisz suchy i uśmiechnięty. A jeśli jeszcze czasami chcę się zmęczyć, wyłączam akumulator i jadę jak na zwykłym rowerze – zachwala. – Dziecko nie powinno zaczynać od „elektryka”, natomiast senior może dzięki niemu spędzać czas zdrowo i na świeżym powietrzu, a przecież ruch to najlepszy antybiotyk.
Andrzej Tomasik

Fot. Andrzej Tomasik / Dobrana para – emeryt i jego „elektryk”

Fot. Andrzej Tomasik / Mirosław Pyszczek i pamiątki ze startów w amatorskich wyścigach


