Zielonogórzanin Konrad Hładki jest najprawdopodobniej najmłodszym w Polsce właścicielem autobusu, Jelcza z 1990 r. Znalazł go dosłownie w krzakach i kupił. Teraz każdą wolną chwilę od szkoły spędza w warsztacie.
Konrad Hładki ma 17 lat. Nie jest mechanikiem, blacharzem czy spawaczem, a amatorem, który codziennie uczy się mechaniki przy kapitalnym remoncie starego Jelcza. Autobus wyciągnął dwa lata temu z „krzaków” z podwarszawskiego Dziekanowa Nowego. Pojazd przyjechał do Zielonej Góry na lawecie. Nie było mowy o odpaleniu, o jeździe nie wspominając.
Autobus obrastał trawą
– To Jelcz PR110M z ciekawą historią. Od początku lat 90. jeździł w komunikacji miejskiej w Łomiankach. Potem trafił do prywatnego właściciela, który przerobił go na bar. Służył też w obsłudze na planach filmowych – opowiada Konrad.
Gdy kupował autobus, ten kwitł na parkingu przy drodze, obrastał trawą i krzakami. – W jego tył też wjechał samochód i troszkę go skasował – mówi.
Chłopaka komunikacją miejską zainteresował kolega z przedszkola. Potem były przejazdy z tatą, dni otwarte w zajezdni MZK, podglądanie autobusów na pętli przy dworcu PKP. Zawsze chciał mieć własny pojazd, przy którym może pogrzebać. – Połączyłem pasję z zachcianką – podkreśla 17-latek.
Remont trwa od roku. Wcześniej Konrad ocenił, które elementy wyrzucić, a które dokupić. Z początku popełniał mnóstwo błędów, z czasem nabrał wprawy. Naprawił silnik, zdemontował wnętrze i poszycie, wyciągnął szyby i zostawił kratownicę. I teraz usuwa wszystkie zgniłe fragmenty. – Przeprowadzam tzw. próbę młotka. Jak po uderzeniu narzędzie wpadnie do środka, to oznacza, że cały element jest do wycięcia i wstawienia na nowo. Jeśli widzę, że jest już mocno skorodowany, napuchnięty, pęknięty lub po uderzeniu zostawi dziurę, to też nadaje się do wymiany – opowiada.
Konrad przekonuje, że konstrukcja autobusu jest bardzo prosta. Składa się z metalowych profili. – Z takich można zbudować płot – tłumaczy. Gorzej jest z poszyciem. Fragmenty są tłoczone, więc Jelcz czasem wymaga rekonstrukcji.
– Ten model był modyfikowany, na szczycie nie miał charakterystycznego „gołębnika”, przód był ścięty. I pomiędzy tym plastikowym ekspozytorem a łączeniem dachu, zrobiła się dziura. Zaczęło gnić i przy pracy wylała mi się na głowę 20-letnia woda – śmieje się chłopak.
Spawanie w namiocie
Warsztatem stał się duży namiot w zielonogórskim Zatoniu. Kawałek ziemi użyczyło mu Muzeum PRL-u „Nie lubię poniedziałku”.
Poszycie plastikowej ściany Konrad zdobył w całości, ale konstrukcję i wytłoczenia musi zrobić od zera. – Wytłoczenia wewnętrzne zdobyłem z autobusu, który kiedyś jeździł po Nowej Soli, zderzak przedni jest z oryginalnego zielonogórskiego autobusu. Części szukam pocztą pantoflową lub w Internecie na grupach miłośników komunikacji miejskiej – wylicza Konrad.
Robotę podzielił na etapy. Odbudował konstrukcję przy nadkolu, kawałek ściany bocznej, wgnieciony pas na przedzie. Nie zapada się już pierwszy stopień.
Konrad uczy się w czwartej klasie w CKZiU nr 2 „Elektronik”. Chce być programistą. Zanim kupił autobus, tworzył proste gry z mechaniki. Modele autobusów wprawiał w ruch, jeździły, otwierały drzwi po kliknięciu przycisku na pulpicie. – Bawiłem się w symulacje układu pneumatycznego typu podnoszenie pojazdu na poduszkach – wspomina.
Pierwszą lekcję spawania dali mu znajomi taty. Drugiej, praktycznej, udzielił wujek. Tata inżynier pomaga natomiast w dorabianiu niektórych elementów. – Korzystam też z wiedzy i doświadczenia Krzysztofa Sadeckiego, byłego kierowcy i spawacza MZK – dodaje konstruktor.
Konrad zastrzega, że wszystko robi sam, a rodzina pełni rolę nadzoru technicznego. Przewiduje, że Jelcz będzie na chodzie najwcześniej za dwa lata.
Projekt Konrada można śledzić na: http://facebook.com/zg.jelcz
Rafał Krzymiński

Fot. Władysław Czulak/Konrad Hładki spędza każdą wolną chwilę w warsztacie. Przewiduje, że Jelcz będzie na chodzie najwcześniej za dwa lata.

Fot. Archiwum Konrada Hładkiego/Autobus został wyciągnięty z „krzaków” w podwarszawskim Dziekanowie Nowym. Pojazd przyjechał do Zielonej Góry na lawecie.

