Znany jest ze świetnych zdjęć sportowych, relacji z meczów piłkarskiej Lechii. Organizuje też sesje kobiece i wizerunkowe. A wszystko to mimo poruszania się na wózku. Sekret sukcesu? – Po prostu widzę świat z innej perspektywy – przyznaje skromnie zielonogórzanin Sebastian Cielecki.
Maciej Dobrowolski: – Skąd się wzięła twoja pasja do fotografii?
Sebastian Cielecki: – Zaczęło się od zwykłej ciekawości. Chciałem zobaczyć jak to jest pozować przed aparatem. Później poczułem, że sam chcę robić zdjęcia, zatrzymywać momenty, emocje, reakcje. I wtedy złapało mnie tak mocno, że już nie puściło. Zrozumiałem, że to coś więcej niż hobby – to sposób, w jaki patrzę na ludzi. Jestem w Zielonej Górze prawdopodobnie pierwszym fotografem na wózku. Z mojej perspektywy to bywa trudne. Przykład? Uwielbiam sesje wizerunkowe. Ale moim modelom sam nie mogę pokazać „zrób tak i tak”. Muszę wszystko dokładnie tłumaczyć. Fotografuję przy tym z niższej pozycji. Dlatego zawsze na podorędziu muszę mieć przygotowany dowcip, tak aby ludzie „klękali” i obiektyw celnie uchwycił ich oczy, które przecież są zwierciadłem duszy. Obracam wszystko w żart, ale to bywa wymagające.
– Wózek mocno wpływa na twoją pracę?
– To część mojego życia, więc nie udaję, że go nie ma. Ale w pracy? Jest po prostu narzędziem. Ludzie szybko o nim zapominają, bo skupiamy się na zdjęciach. I szczerze – czasem to właśnie dzięki wózkowi widzę świat z innych perspektyw niż większość fotografów. Zawsze sobie powtarzam: niepełnosprawność nie siedzi w nogach, ona siedzi w głowie. Dlatego jeżeli sami w środku się odblokujemy, możemy tak naprawdę wszystko! Potrzebowałem pracy, to byłem pierwszą osobą na wózku, która rozdawała w mieście ulotki. Oczywiście nasłuchałem się przy tym złośliwości, że zatrudniono mnie z litości. Na szczęście niepełnosprawność mam od urodzenia i jestem odporny na takie przykre komentarze.
– Na szczęście?
– Oczywiście. Bo nigdy nie poznałem funkcji chodzenia! I dzięki temu przystosowałem się do swojej fizjonomii, wiem jak sobie radzić z niepełnosprawnością. Nie ma we mnie żalu za czymś co utraciłem, bo nigdy tego nie miałem. Nie wiem, jak zachowałaby się moja psychika, gdybym najpierw chodził a dopiero później trafił na wózek z poczuciem, że będę na niego skazany do końca życia. U mnie kluczowe było to, że od dziecka nie dawałem się „wpychać” w tę niepełnosprawność. Nigdy nie dawałem sobie taryfy ulgowej. Szukałem nowych wyzwań, nie pozwalałem, aby otoczenie oceniało mnie przez pryzmat wózka. Bo niby dlaczego? Dla mnie wózek to jak dla innych buty. Wózek jest częścią mojego życia, ale to nie on robi zdjęcia – robię je sam, sercem i doświadczeniem.
– A jak zaczęła się twoja przygoda fotograficzna z Lechią?
– Piłka nożna zawsze była ważna w moim życiu. Mój tata, Waldemar Tkaczuk, był zawodowym piłkarzem. W domu zawsze dużo mówiło się o piłce, sam jestem kibicem Lechii. Gdy zająłem się fotografią na poważnie, od razu w głowie pojawiła się myśl, aby nawiązać współpracę z klubem. Początki były skromne, pisałem do zarządu prośby o akredytację na puchary. Chwyciło! Zdjęcia się spodobały. Dzięki temu współpracuję z Lechią na stałe już drugi sezon.
– Twój przepis na idealne zdjęcie sportowe?
– Trzeba dobrze czytać grę, zrozumieć czy mecz toczy się w kierunku wygranej, czy przegranej. A wtedy stanąć za odpowiednią bramką i czekać cierpliwie na akcję. Najważniejsze to uchwycić dynamikę i ruch. Do tego potrzeba wyczucia. Sam wciąż się tego uczę.
– Sesje wizerunkowe to kompletnie inny kierunek. Co w nich jest najważniejsze?
– Człowiek. Emocja. Naturalność. Jeśli ktoś po sesji powie mi, że czuł się przy mnie swobodnie, to wiem, że zrobiłem dobrą robotę. Zdjęcia są efektem tego, co wydarza się w trakcie. Nigdy nie robię czegoś taśmowo, wszystko musi być idealnie spersonalizowane pod daną osobę. Dlatego zaczynam całość od konsultacji, od rozmowy, tak aby poznać człowieka. Ludzie nie przychodzą do mnie po pozowane zdjęcia. Przychodzą po emocje. Po przeżycie, które potem zapisuje aparat. Dlatego każda sesja to inna opowieść. Moim celem jest stworzyć taką historię i tak pokazać osobę, by za 20 lat z dumą patrzyła na te zdjęcia. Nie oddaję byle czego, tylko wkładam w każdy kadr mnóstwo siebie. Bo te zdjęcia potem reprezentują mnie. Nie chcę słyszeć: nie idź do Cieleckiego, bo on robi kiepskie zdjęcia.
– Chyba nie każdy od razu jest świetnym modelem…
– Większość osób, która przychodzi na sesję, ma na początku blokadę. To normalne. Każdy ma w głowie to samo: nie umiem pozować, wyjdę nienaturalnie, będę wyglądać dziwnie. I wtedy pojawia się maska – spięty uśmiech, ręce przyklejone do ciała, udawana pewność siebie. Ja to widzę od pierwszej sekundy, ale nie oceniam. To jest ludzka naturalna reakcja. Zamiast naciskać na pozę, daję przestrzeń. Rozmawiam, żartuję, podczas sesji leci muzyka, tłumaczę, pokazuję proste ustawienia. Krok po kroku ta maska sama spada. Ludzie zaczynają oddychać, rozluźniają ramiona, zapominają, że to sesja. I wtedy pojawia się prawdziwa osoba, nie ta przygotowana pod aparat. To jest moja największa frajda – obserwować, jak ktoś z minuty na minutę odpuszcza kontrolę i zaczyna być sobą. I najśmieszniejsze jest to, że później słyszę: ale to było łatwe, czemu ja się tak stresowałam.
– Jakie masz plany na najbliższe lata?
– Proste: rozwijać się, robić coraz lepsze sesje i dalej dawać ludziom przeżycia, a nie tylko zdjęcia. Jeśli przy okazji wydarzą się fajne projekty – super. Ale nie gonię na siłę. Wolę iść swoim tempem. Jestem dumny z miejsca, w którym jestem.

Fot. Władysław Czulak
Sebastian Cielecki
Urodził się w Zielonej Górze. Od dziecka zmaga się z przepukliną oponowo-rdzeniową w okolicy krzyżowo-lędźwiowej i innymi chorobami współistniejącymi. W pierwszej dobie życia operowany. Ukończył studia magisterskie na kierunku pomoc społeczna i socjoterapia. Współzałożyciel Spółdzielni Socjalnej Odkrywamy Lubuskie i założyciel stowarzyszenia My Zielonogórzanie. Od 10 lat pracownik Lubuskiego Urzędu Marszałkowskiego. Pasjonat i freelancer fotografii. Szczęśliwy mąż.











