Ile kilometrów przejeżdżasz miesięcznie samochodem? 75-letni zielonogórzanin Jerzy Żychowski w czerwcu br. pokonał 3333 km… rowerem.

Operacja serca, wszczepienie endoprotezy stawu biodrowego, ani nawet dwa dotkliwe zderzenia cyklisty z samochodami nie złamały jego rowerowej pasji. Były tylko przystankami w drodze. Drodze, która zaczęła się przed ćwierćwieczem i trwa do dziś, choć początek – co tu kryć – nie rokował, że wyniknie z tego wielka przygoda.

Za dużo na wadze i pierwszy stalowy rumak

Przez ponad 50 lat Żychowski mógł nawet nie podejrzewać, że drzemie w nim kolarskie zwierzę.

Urodził się w Cieszynie. Technikum skończył w Częstochowie, a studia – inżynierię sanitarną – w Gliwicach. Skuszony wizją gospodarczego rozwoju na „ziemiach odzyskanych”, choć może uczciwiej będzie powiedzieć, że propozycją etatu z mieszkaniem, w 1975 r. wraz z żoną przeprowadził się do Zielonej Góry.

Przez 15 lat nadzorca budowlany Jerzy Żychowski jako pracownik Zinstalu codziennie dojeżdżał pociągiem do Głogowa, by w tamtejszej hucie czuwać nad prawidłowym przebiegiem prac budowlanych, a później także remontowych.

Na rowerze i owszem jeździł, wyglądało to jednak dalece inaczej niż dziś. Zamiast obcisłego stroju, karbonowej ramy, przerzutek, wszystkomającego zegarka i długich wypraw z zacięciem sportowym był komunijny składak Wigry oraz rodzinny ogródek działkowy (w miejscu dzisiejszego pasażu handlowego przy Szosie Kisielińskiej). Latem trzy razy w tygodniu zasuwał tym składakiem z bloku przy ul. Osiedlowej na działkę, by podlewać rośliny.

Lata 90. ub. w., pełne przeobrażeń gospodarczych, okazały się trudne dla Zinstalu. Żychowski przestał nadzorować inwestycje w głogowskiej hucie. Skończył także z przejażdżkami składakiem. Wraz z żoną pobudowali się na Raculce. Działka stała się zbędna.

Życiową stabilizację odzwierciedlała domowa waga. Gdy wskaźnik pokazał 105 kg, stało się jasne, że warto się za siebie zabrać. Kilka lat wcześniej, na 50. urodziny dostał od swoich najbliższych rower. Z pewną dozą przychylności można by sklasyfikować, że był to „góral”, jeszcze bez amortyzacji i z ciężkawą, stalową ramą.

Debiutant na podium

Mogło się wydawać, że niedoskonałości urodzinowego podarunku i tak nie odegrają żadnej roli, ponieważ przez cały rok 50-latek przejechał na swoim pierwszym Giancie ledwie 75 km. – Wtedy i tak uznawałem, że to dużo. Praca, dom. Nie bardzo widziałem przestrzeń, aby poświęcać na to więcej czasu – tłumaczył.

W kolejnym roku kilometrów uzbierało się 200, w następnym 350. Postęp niby geometryczny, ale nawet z perspektywy totalnego amatora, takiego od niedzielnych przejażdżek, to jednak wciąż były symboliczne liczby. Co jednak niebywałe, Żychowski niemal od samego startu swojej rowerowej przygody z inżynierską precyzją odręcznie zapisywał, gdzie, kiedy i ile przejechał.

W kalendarzach zeszytowych z początkowych lat pedałowania zdecydowanie przeważają niezapisane strony. Później proporcje zaczynają się zmieniać. Rower, bez rygorystycznych zmian w diecie, pozwala zgubić zbędne kilogramy i wrócić do dawnej sylwetki.

Ważnym impulsem do podkręcania tempa i dystansów stają lokalne zawody, o których wyczytał w gazecie i postanowił spróbować. W 2007 r. jako 57-latek debiutuje w organizowanym przez ognisko TKKF Cyklomaniak Zielonogórskim Grand Prix MTB Amatorów. W słoneczną niedzielę staje na starcie przy kąpielisku w Ochli. Bez pojęcia i praktyki w ściganiu dojeżdża do mety i słyszy przez głośniki, że w kategorii wiekowej 50+ wywalczył miejsce na podium. – Oczy jak pięciozłotówki, garnek w nagrodę, no i zachęta do dalszego jeżdżenia ogromna – wspomina.

Kozak  

Wkręcił się na dobre. 7, 10, 12, 15 tys. kilometrów przejeżdżanych w 12 miesięcy. Aż w rekordowym roku osiągnął zawodniczy kilometraż – 23 tys. Wokół Zielonej Góry trudno znaleźć ścieżki i drogi, których nie przetarły opony jego rowerów.

W lokalnych zawodach w zasadzie nie schodził z podium, bez względu na to, czy ścigał się w warunkach przełajowych, na szosie czy też po kocich łbach Piekła Przytoku. Startując ponad 20 razy w sezonie, wygrywał wśród 50-latków, a później 60-latków. Bywało, że wspinał się na podium także w klasyfikacji open. W najmocniej obsadzonych imprezach nie miał jednak wielkich szans z o wiele młodszymi rywalami, najczęściej z zawodniczą przeszłością w klubie Trasa Zielona Góra.

Wysłużonego stalowego Gianta zastąpił nowszy model, już z lekką karbonową ramą, co znacznie ułatwiało rywalizację. Przyszła także pora na pierwszą szosówkę i stacjonarny trenażer.

Że ma predyspozycje do ścigania się, wynikało nie tylko z sukcesów na lokalnym podwórku. Debiutując w stawce blisko 2 tys. uczestników w Bike Maratonie ze startem i metą na poznańskiej Malcie wdarł się na podium, wyprzedzając 150 rówieśników.

Po sukcesy sięgał także w prestiżowym ogólnopolskim cyklu Gran Fondo. I to zarówno w naturalnym wydaniu szosowym, jak i – przez pandemię – w porównawczej rywalizacji na trenażerach.

Znają go uczestnicy imprez biegowych, w których udzielał się jako pilot, mknąc do mety przed najszybszymi, by nie zmylili drogi.

Ostre zakręty

W 2013 r. pojechał po triumf w kat. wiekowej w Piekle Przytoku. Na barkach dźwigał wtedy ciężar wątpliwości, czy to już ostatni wyścig… Za kilka dni w Krakowie musiał przejść operację serca. Kolejnego Piekła mogło już nie być. Z wszczepionymi bajpasami dość szybko jednak ponownie wsiadł na rower.

Kilka lat później odezwało się biodro. Nie przeszkadzało w jeżdżeniu, lecz przy chodzeniu ból potęgował się do tego stopnia, że 20-metrowy spacer stawał się wyczynem. W 2018 r. opuścił szpital z endoprotezą biodra. Znów był moment zawahania, bo wkalkulowane w rowerowe wyścigi upadki mogą prowadzić np. do złamań. Tymczasem pacjenta z endoprotezą nie da się reoperować.

Żychowskiemu nie udało się zresztą unikać kraks, w tym tych najbardziej dla rowerzystów ryzykownych, czyli z udziałem samochodów. Za pierwszym razem, w Drzonkowie, skończyło się kasacją roweru, gdy kierująca osobówką nagle postanowiła zawrócić i zjechała na pas, którym z przeciwka nadjeżdżał rozpędzony rowerzysta. Całe szczęście, wyszedł z tego jedynie potłuczony, a za pieniądze z odszkodowania kupił sobie nową „szosę”, karbonowego Gianta Defy, który służy do dziś.

Gorzej mogło się skończyć starcie z nowosolskim kierowcą w okolicach ronda Andrzeja Huszczy. Sprawca skosił zielonogórskiego kolarza i uciekł. W pobliżu byli jednak świadkowie, którzy zanotowali numery rejestracyjne jego auta, a Żychowski znów miał szczęście, unikając poważnych obrażeń.

Nawet wobec takich zagrożeń ani sam nie nabrał lęku wobec rowerowych wypraw, ani nigdy nie usłyszał od żony zwyczajowego „dałbyś już sobie spokój z tym jeżdżeniem”. Przeciwnie, życiowa partnerka docenia pasję swojego męża. Pochodzi z Andrychowa w Beskidzie Małym. Tamtejsze trasy Żychowski lubi najbardziej: – Góra Żar, Beskidek, Magurka Wilkowicka, naprawdę ciekawe podjazdy, z reguły pusto, piękne wąskie serpentyny – opowiada.

Choć ma sztuczną zastawkę w sercu i sztuczne biodro, ciągle pedałuje. Rower sprawił, że bez żalu zamknął zawodowy etap swojego życia i przeszedł na emeryturę. W najlepszych latach bez kompleksów gnał koło w koło z byłymi zawodnikami. Dziś już częściej zwalnia, niż dociska. – Nauczyłem się słuchać organizmu. Wiem, jak wysokie tętno mogę osiągnąć, żeby nie prowokować problemów z sercem, bo zagrożenie nadal istnieje – wyjawia.

Czy namawia innych na rower? – Chyba nie ma sensu. Każdy sam wybiera, czy chce spróbować, a po tym podążyć taką drogą.

Więcej Żychowskich, a bylibyśmy stolicą

Począwszy od 2000 r. na rowerze przejechał łącznie 275 tys. km. W przyszłym roku, łamiąc próg 280 tys. po raz siódmy okrąży równik. Po co? – Bo jeżdżenie po prostu sprawia mi frajdę. Zawody zawsze były tu tylko dodatkiem, wisienką na torcie – odpowiada.

W czerwcu br., gdy Zielona Góra biła się o miano Rowerowej Stolicy Polski (w grupie miast 100-200-tysięcznych zajęliśmy drugie miejsce), wykręcił dla nas 3333 km. Odjąwszy dwa dni, w których z ważnych przyczyn nie mógł wsiąść na swoją „szosę”, wyszła średnia niemal 120 km dziennie!

Tyle że to był wyjątkowy miesiąc. Bo z reguły dziś jeździ już i mniej, i wolniej, rzadziej się ściga. W lipcu br. wygrał wprawdzie kat. wiekową 70-latków na 104-kilometrowej trasie Gran Fondo wokół Poznania. – Ale z przyczyn naturalnych rywali mam już coraz mniej – przyznaje.

Zimą ogranicza się do stacjonarnego trenażera. Nie patrzy jednak jeszcze w stronę elektryków i nie przestaje być zapalonym cyklistą, bez żadnego akumulatorowego wspomagania. Wciąż realizuje pasję, mimo że ta pojawiła się w życiu tyleż późno, co niespodziewanie. I właśnie o tym była ta opowieść.

Andrzej Tomasik

Fot. Archiwum Jerzego Żychowskiego / Sukces w zawodach cieszyły, ale zawsze były tylko dodatkiem do niemal codziennych treningów