
Fot. Andrzej Tomasik / Przednie koło bicykla wydaje się monstrualnie wielkie, mierzy 55 cali. Siodełko na wysokości barków wysokiego mężczyzny potęguje lęk przed każdą niespodzianką na drodze. Na takiej „maszynie” Łukasz Jęcz wyruszył po zdrowie dla swojej córeczki.
TY TEŻ MOŻESZ POMÓC!
Ogólnopolskie i lokalne media pomagają nagłośnić wyprawę i zbiórkę na leczenie Emilki. Relacje z kolejnych etapów podróży pojawią się w portalach społecznościowych. Wszystko po to, by udało się pokryć koszty wyprawy (15 tys. zł), lecz przede wszystkim zasilić główną zbiórkę, w której poprzeczka wisi na poziomie 1 mln zł. Do celu brakuje jeszcze blisko 700 tys. zł.
Chcesz i możesz pomóc? Wejdź na stronę pomocową w serwisie Siepomaga.pl i wesprzyj konto zrzutki dowolną kwotą.
55-calowe koło, brak łańcucha i zero amortyzacji – tak wygląda pojazd, którym Łukasz Jęcz, strażak z Zielonej Góry chce w 30 dni objechać całą Polskę. Bicyklem nikt tego jeszcze nie dokonał. W tej historii chodzi jednak o coś znacznie ważniejszego niż oryginalny wyczyn. To opowieść o ojcu, który szuka drogi, by ratować życie i zdrowie swojej córeczki.
Spektrum opatii RNU4ATAC – rzadka choroba genetyczna. Na świecie zdiagnozowano ledwie 100 przypadków. Być może dlatego lekarze długo trzymali się wersji, że mała pacjentka z Zielonej Góry cierpi na złośliwy nowotwór mózgu. Dla rodziców brzmiało to jak wyrok. Nie poddali się jednak. Kilkadziesiąt badań w Polsce i poza jej granicami. Aż wreszcie diagnoza się zmieniła, dając dziecku szansę.
Nie pod kloszem
Emilka Jęcz, z racji uczesania nazwana w domu „Kitką”, uczęszczała do żłobka. Biegała, bawiła się, sama jadła.
– Nagle pojawiła się wysoka gorączka. Później dowiedzieliśmy się, że ona mogła pełnić rolę katalizatora w procesie wywołania udaru i choroby, której nazwa niewiele mówi nawet lekarzom. Dla nas oznaczało to jednak cień nadziei, po tym gdy przez wiele tygodni kolejni specjaliści wskazywali na nowotwór złośliwy – opowiada Łukasz Jęcz.
Niestety, wraz z bardzo rzadkim schorzeniem, które osłabia odporność i wywołuje małogłowie, Emilka zachorowała także na padaczkę. Musi przyjmować immunoglobuliny i pozostawać pod stałą opieką lekarzy. Mimo to rodzice posyłają ją do specjalnej placówki integracyjnej dla niepełnosprawnych dzieci. – Aby w miarę możliwości zachowywała kontakt z rówieśnikami i mogła się rozwijać. Nie chcemy trzymać jej w domu, pod kloszem – wyjaśnia rodzic.
Marzenia o turnusie
Zabiegi rehabilitacyjne w Zielonej Górze, lekarstwa, konsultacje w polskich i zagranicznych klinikach. Terapia Emilki kosztuje krocie.
Jej mama Natalia poświęciła swoją zawodową karierę, porzucając pracę w banku, by zajmować się córeczką. – Ja w budżetówce, kokosów nie zarabiam. Stąd chwytam się nadzwyczajnych środków, by wystarczyło nam pieniędzy – mówi strażak.
W perspektywie wyłania się szansa, ale i kolejny wielki wydatek. Pacjentka została zakwalifikowana na cykl kilkumiesięcznych turnusów rehabilitacyjnych w Budach Głogowskich pod Rzeszowem, w ośrodku wyposażonym w specjalistyczny sprzęt i wykwalifikowaną kadrę rehabilitantów.
Najpierw Wigry 3
Charytatywne festyny, zbiórki, pomoc straży pożarnej, rodziny, znajomych i zupełnie obcych ludzi – Jęczowie łatają budżet na różne sposoby. Przed rokiem strażak Łukasz pojechał z Zielonej Góry na Hel komunijnym składakiem, by nagłośnić problem swojej córeczki i zachęcić do wpłat na jej leczenie. W drodze przypadkiem zobaczył zabytkowy bicykl. To był ważny impuls.
– Skuteczność charytatywnej akcji może zależeć od tego, na ile uda się zwrócić na nią uwagę. Trzeba wymyślić coś, czego jeszcze nie było. Postanowiłem więc objechać całą Polskę repliką XIX-wiecznego pojazdu, wyprodukowanego w 1870 r. w Coventry.
Szukałem go miesiącami, nawet na aukcjach w USA czy Urugwaju. W końcu znalazłem. I to na Chynowie, zaledwie 3 km od mojego domu – opowiada ze śmiechem.
Strażak (nie będzie) sam
Przednie koło bicykla (bez dętki i opony, tylko z laną gumą) wydaje się monstrualnie wielkie, mierzy 55 cali. W standardowych rowerach MTB montuje się obręcze niemal dwukrotnie mniejsze. Siodełko na wysokości barków wysokiego mężczyzny potęguje lęk przed każdą niespodzianką na drodze. W trakcie spotkania z tatą Emilki spróbowałem wsiąść na jego bicykl i przejechać choćby kilka metrów. Cyrkowa sztuka! Strażak z Zielonej Góry boleśnie się o tym przekonał, łamiąc żebro podczas jednej z przygotowawczych przejażdżek.
Jeszcze posiniaczony wystartował rankiem, w poniedziałek, 8 września. W miesiąc chce pokonać 2700 km, etapami po 90-100 km dziennie. Trasa prowadzi przez: Ząbkowice Śląskie, Opole, Kraków, Rzeszów, Lublin, Białystok, Suwałki, Gdańsk, Władysławowo, Słupsk, Kołobrzeg, Świnoujście.
– O ile wiem, nikt wcześniej czegoś podobnego nie dokonał. Czy mnie się uda? Najbardziej boję się wiatru, bo na bicyklu jestem wrażliwy na podmuchy niczym żagiel. Szalejący na elektrycznych hulajnogach to dla mnie spore zagrożenie – ocenia strażak.
Bezpieczeństwo pomoże zachować jadący samochodem (z częściami zapasowymi do bicykla) ojciec Łukasza, a otuchy ma dodawać rowerzysta poznany w trakcie wyprawy na Hel.
Andrzej Tomasik











