
Zmarł ksiądz Jerzy Nowaczyk, Honorowy Obywatel Zielonej Góry, budowniczy kościoła Podwyższenia Krzyża Świętego przy ul. Aliny.
Zmarł ksiądz Jerzy Nowaczyk, Honorowy Obywatel Zielonej Góry. Miał prawie 100 lat. Został pochowany przy Kościele Podwyższenia Krzyża Świętego przy ul. Aliny, który zbudował po wielu bojach z władzą komunistyczną.
Ks. Jerzy Nowaczyk to ikoniczna postać zielonogórskiego Kościoła. Wieloletni proboszcz Parafii Podwyższenia Krzyża Świętego przy ul. Aliny. Zasłynął walką z władzą komunistyczną o budowę kościoła i mszami odprawianymi w namiocie. W 2019 r. został Honorowym Obywatelem Zielonej Góry. Zmarł 30 kwietnia w Domu Księży Emerytów na Osiedlu Pomorskim. 5 września skończyłby 100 lat, był najstarszym księdzem w diecezji zielonogórsko-gorzowskiej.
Ksiądz Nowaczyk pochodził z Konina. W Zielonej Górze był księdzem od 1963 r. Jego historia to przede wszystkim lata starań o budowę kościoła przy nowym, dużym Osiedlu Morelowym. Stało się to możliwe dopiero po powstaniu „Solidarności”. Wcześniej msze były odprawiane w maleńkiej Kaplicy na Winnicy, a później w namiocie.
Oddajmy głos samemu księdzu Nowaczykowi. To fragmenty wspomnień z książki „Kaplica na Winnicy. 1314-2014”.
„Poniżej kaplicy wybudowano duże Osiedle Morelowe, na terenie którego mieszkało około 6 tysięcy osób. Był to czas walki z Kościołem i było wiadomo, że władze nie zgodzą się na utworzenie nowej parafii, dlatego ks. biskup Wilhelm Pluta ustanowił tutaj „Samodzielny Wikariat”, wydzielając go z terenu parafii św. Jadwigi. 23 września 1970 r. przeniósł mnie z parafii Najświętszego Zbawiciela do parafii św. Jadwigi jako wikariusza, równocześnie ustanowił mnie zarządcą tego „Samodzielnego Wikariatu”. Ustalił jego granice i wszystkie zadania duszpasterskie podobne do zadań parafii. (…)
Kiedy otrzymałem dekret kierujący mnie do nowej działalności duszpasterskiej, to dopiero wtedy po raz pierwszy poszedłem zobaczyć tę kaplicę. W zarośniętym, zaniedbanym parku nie przedstawiała się imponująco. Kiedyś była kryta gontem, a gdy ten się zniszczył, to przykryto go papą. Przed kaplicą wyrósł duży świerk, który zasłaniał wejście. Pierwszą moją decyzją, niezupełnie prawną, było nocne usunięcie tej zawalidrogi. To odbyło się bez jakichkolwiek konsekwencji.
Zadaszenie nad betonowym podestem
Ponieważ kaplica mogła pomieścić maksymalnie około 60-70 osób, a wikariat liczył około 6 tysięcy mieszkańców, to na mszach św. większość parafian stała na dworze, co w aurze jesiennej było bardzo uciążliwe. Na przedstawiony projekt rozbudowy kaplicy władze nie godziły się. W związku z tym poprosiłem o pozwolenie zamontowania zadaszenia nad wcześniej przygotowanym betonowym podestem. Po wydaniu pozwolenia zadaszenie zostało wykonane.
Nie rozwiązało to jednak problemu, bowiem deszcz zacinał z trzech stron, a wiatr pod dachem hulał swobodnie. I wtedy, nie pytając już nikogo, otoczyliśmy zadaszenie z trzech stron trzema metalowymi i oszklonymi ścianami. Ściany północna i południowa miały też oszklone drzwi. To spowodowało reakcję władz i wydanie nakazu rozebrania tych ścian. Tego jednak nie mogliśmy uczynić. Apelowaliśmy do władz – wysłaliśmy pisma z prośbą o pozwolenie na rozbudowę kaplicy.
Wprawdzie na te pisma otrzymywaliśmy odpowiedzi, ale ustały naciski na rozebranie ścian osłonowych. Taki stan trwał do 1973 r. To rozwiązanie nie wystarczyło jednak wobec coraz liczniej gromadzących się parafian. Dlatego zeszliśmy na teren parku poniżej schodów i płytami betonowymi utrwaliliśmy teren, na którym wierni mogli się gromadzić, a ołtarz przenieśliśmy z wnętrza kaplicy do wielkiej szyby skierowanej ku parkowi. Na tym terenie ustawiliśmy ławki na betonowych słupkach. Odtąd większa liczba wiernych mogła pełniej uczestniczyć we mszy św.
W czerwcu 1973 r. rozciągnęliśmy po raz pierwszy ogromną płachtę namiotową nad tym terenem. Parafianie dostarczyli specjalnie zbudowaną przekładnię ślimakową, którą zamocowaliśmy w salce nad kaplicą. Jej zadaniem było spuszczanie stalowej liny, której drugi koniec był na stałe umocowany wysoko na dużej sośnie naprzeciw kaplicy. Na tę linę nakładało się płachtę i ślimakiem podciągało do góry. Boki płachty mocowało się jak namiot do podłoża. W ten sposób nad głowami wiernych rozciągał się dach namiotowy i chronił ich od deszczu, ale boki zostawały otwarte.
Latem, zimą i wiosną w sobotę wieczorem rozwijaliśmy namiot, który służył przez niedzielę, by po mszy św. o 14 z powrotem go zwinąć i zanieść na taras na plebanii. Gorzej było zimą. Wstawaliśmy w niedzielę o 5, odgarnialiśmy wspólnie z parafianami śnieg, dźwigaliśmy z tarasu płachtę namiotową, rozciągaliśmy ją mokrą i sztywną, i podnosiliśmy ślimakiem do góry. Była to praca bardzo żmudna. Po mszy św. o 14 zwijaliśmy ośnieżony, zmarznięty namiot i taki, bardzo ciężki, zanosiliśmy na taras. Trwało to siedem lat, w ciągu których zużyły się aż trzy takie płachty.
Rekolekcje przy -17 stopniach
W 1975 r. powstał projekt otoczenia tego miejsca pod namiotem szczelnym płotem z płyt żelbetonowych, ustawienia drzwi po stronie południowej, a w górnej części płyt zawieszenia boków rozciągniętego namiotu. I tak też to wykonaliśmy, co zapewniało znośniejsze warunki uczestniczenia wiernych w nabożeństwach, także w czasie rekolekcji adwentowych, które wtedy trwały sześć dni, jak na przykład te, które wygłosił benedyktyn o. Karol Meissner przy 17-stopniowym mrozie”.
Pamiętam zdarzenie, które miało miejsce w czasie Wielkanocy, po odprawieniu przez ks. biskupa Pawła Sochę procesji rezurekcyjnej. Padał wówczas mocny śnieg. Gdy ksiądz biskup zaczął śpiewać „Chwała na wysokości Bogu”, pod naporem śniegu rozerwał się namiot i zasypał wiernych. Nastąpiła przerwa, gdyż trzeba było go uprzątnąć i dopiero po chwili było możliwe kontynuowanie mszy św.
Dopóki nie postawiliśmy wokół namiotu ścian z płyt betonowych, władze zasadniczo nie reagowały. Zdarzały się tylko drobne „pomrukiwania” i naciski. Jednak od tego momentu zaczęły się groźne przesłuchiwania, kolega i kary za nielegalną „budowę”. Namawiano nas, byśmy to wszystko rozebrali, to wtedy dadzą zezwolenie na budowę kościoła. Godziłem się na to pod warunkiem, że najpierw otrzymam na piśmie to zezwolenie. Ponieważ tego dać nie chcieli, więc wszystko zostało po staremu.
Na skutek zmian politycznych wywołanych powstaniem „Solidarności” kuria biskupia otrzymała pozwolenie na mianowanie mnie na proboszcza parafii Narodzenia NMP w Zielonej Górze, a w listopadzie zgodę na budowanie kościoła. Kuria uzyskała również na czas budowy pozwolenie na przeniesienie na teren przy kaplicy baraku z Konina, który dotychczas służył tam za kościół parafialny. Prace związane z przeniesieniem baraku wykonano w ciągu tygodnia”.
Kamień węgielny pod budowę nowego kościoła wmurowano we wrześniu 1981 r. To już historia na kolejną opowieść.
Szymon Płóciennik
Fot. Wiesław Stawiarski, Czesław Łuniewicz / Archiwum Państwowe w Zielonej Górze, Archiwum Parafii Podwyższenia Krzyża Świętego w Zielonej Górze




