Uczniowie piątej klasy o profilu radiowym w „Elektroniku” nie chcieli mieć studniówki jak wszyscy. – Niech zagrają u nas Trubadurzy! – rzucił Marek Peryt. Później zazdrościło im pół Zielonej Góry.
Koniec lat 60. XX wieku. Na Zachodzie królowali: The Beatles, The Rolling Stones, The Animals, w Polsce rodzimi bigbitowcy: Czerwone Gitary, Skaldowie, Trubadurzy. Zjeżdżali kraj wzdłuż i wszerz, dziennie grali po dwa, nawet trzy koncerty.
Krawczyk w „Elektroniku”
To właśnie Trubadurzy byli gwiazdą studniówki klasy VR – radiowej – w Technikum Elektronicznym przy ul. Staszica. 25 stycznia 1969 r. w małej szkolnej sali gimnastycznej, i tylko dla jednej klasy, wystąpili m.in.: Krzysztof Krawczyk, Ryszard Poznakowski, Marian Lichtman.
Zespół powstał w 1964 r. w Łodzi. Utworzyło go pięciu kolegów, na wzór The Rolling Stones czy The Animals. Na koncie mieli przeboje: „Znamy się tylko z widzenia”, „Cóż wiemy o miłości”, „Przyjedź mamo na przysięgę”, „Po co ja za tobą biegam” czy „Kasia“.
Pomysłodawcą ściągnięcia muzyków do „Elektronika” był Marek Peryt. To niezwykle ciekawa postać. Po 1989 r. był jednym z pionierów informatyzacji w Polsce, popularyzatorem techniki i nowych technologii. Zmarł pięć lat temu w Warszawie. Pochodził ze znanej zielonogórskiej rodziny. Jego brat Ryszard był reżyserem operowym, został Honorowym Obywatelem Zielonej Góry. Siostra to Iwona Peryt-Gierasimczuk, była wojewódzka konserwator zabytków.
– Marek był świetnym organizatorem. Dała mu to harcerska szkoła makusyńska, Zbigniew Czarnuch, czas spędzony na zamku w Siedlisku-– opowiadała mi kilka lat temu Iwona Peryt-Gierasimczuk. – Byliśmy bardzo zgraną rodziną. Wszyscy żyliśmy tą studniówką. Dlaczego akurat Trubadurzy? Marek z pewnością lubił ich odmienność i klasę instrumentalną. Kochał Ewę Demarczyk, lubił zespół jazzowy Novi Singers, Blackout, Edith Piaf.
7 tysięcy, alkohol i gramy
Uczestnikiem studniówki był Mieczysław Szałaj, również uczeń klasy VR. – Trubadurzy w tamtym czasie to absolutny top polskiej sceny muzycznej. Klasa początkowo zareagowała z dużym niedowierzaniem. Wielu było zdziwionych, że muzycy podjęli temat. Wystarczył telefon. Zażyczyli sobie za występ 7 tysięcy zł, czyli ponad trzykrotność ówczesnej średniej miesięcznej pensji. Oprócz tego posiłki przez cały wieczór, no i oczywiście alkohol.
Niedowierzanie ustąpiło entuzjazmowi. Uczniowie nie mieli pieniędzy na koncert, ale mieli plan jak je zarobić. W wolnym czasie pracowali w Zastalu. – Prawie całą klasą sztaplowaliśmy surowe drewniane deski, czyli układaliśmy je w stosy. Jedna osoba przy parogodzinnym sztaplowaniu mogła zarobić ok. 50-80 zł, może nawet 100. To była praca akordowa, zapłata zależna była od liczby metrów sześciennych sztaplowanych desek – opowiada Szałaj. – Chcieliśmy stać się wyjątkową klasą i mieć Trubadurów wyłącznie dla siebie. Poza tym sala gimnastyczna była mała. Klasy raczej miały studniówki osobno.
25 stycznia było skromnie. Scena, stoliki, krzesełka i miejsce do tańczenia. Na suficie i częściowo na ścianach podwieszona była wojskowa siatka maskująca. Nie było zaproszonych wielu nauczycieli. Wychowawczyni – rusycystka Zofia Bożek z mężem, oprócz niej jeszcze dwie pary belfrów. To w ogóle była męska klasa. Sami panowie, jedynie dwie dziewczęta.
Pół miasta pod szkołą
O studniówce szybko dowiedziało się całe miasto. – Lotem błyskawicy rozeszła się informacja, że występują u nas Trubadurzy. Pod szkołę przyszło pół Zielonej Góry, młodzież chciała się dostać do środka. Porządku pilnowali milicjanci. Ale my w środku nie czuliśmy atmosfery nerwowości. Nawet nie wiem, czy wiedzieliśmy, co się działo na zewnątrz – mówi Szałaj.
Maturzysta sprzed 57 lat opowiada, że muzycy traktowali koncert w szkole poważnie. – Czuć było rękę Poznakowskiego, który trzymał wszystko w garści – wspomina. – Nie pozwalali mówić sobie per „pan”, tylko prosili, aby przejść na „ty”. W przerwach w świetlicy mogliśmy sobie z nimi pogadać, porobić zdjęcia, wziąć autografy. Ale raczej uciekali na piętro, gdzie w laboratorium chemicznym mieli swoją „bazę” i pili alkohol.
Największą gwiazdą Trubadurów był Krzysztof Krawczyk. – Wyróżniał się głosem. Nie chodzi o to, czy był ten głos wysoki, czy niski. Po prostu najprzyjemniejszy w odbiorze, co nawet laik mógłby powiedzieć – opowiada Szałaj. Krawczyk odszedł z zespołu w 1973 r., miał największą szansę na solową karierę. Trubadurzy bez niego nie utrzymali popularności.
To nie jedyna muzyczna przygoda klasy VR. Bal maturalny mieli na zamku w Siedlisku. Tam specjalnie dla nich wystąpił wrocławski zespół rockowy Romuald & Roman. Ale to już zupełnie inna historia.
Szymon Płóciennik

Fot. Ryszard Łabuć/Archiwum Mieczysława Szałaja / Klasa VR z wychowawczynią Zofią Bożek i Trubadurami

Fot. Ryszard Łabuć/Archiwum Mieczysława Szałaja / Krzysztof Krawczyk podczas balu w „Elektroniku”
Fot. Ryszard Łabuć/Archiwum Mieczysława Szałaja














