Jacek Smykał przez 30 lat kierował oddziałem zakaźnym w Szpitalu Uniwersyteckim w Zielonej Górze. – Ludzie zaczepiają mnie na ulicy i pytają, czy pamiętam, że ich leczyłem? Większość pamiętam – opowiada.

Jacek Smykał zaczynał leczyć w zielonogórskim Szpitalu Wojewódzkim, kończył w Uniwersyteckim. Wiosną przestał kierować Klinicznym Oddziałem Chorób Zakaźnych. Zastąpiła go Renata Korczak.

Sylwia Sałwacka: – Podobno miłością do medycyny zaraził pana ojciec. Można powiedzieć, że nomen omen złapał pan od niego bakcyla.

Jacek Smykał: – Ojca fascynował świat patogenów, całe życie spędził nad mikroskopem. Przynosił do domu płytki z różnymi wirusami i bakteriami: gronkowcami, paciorkowcami i nam je pokazywał. Ale tylko ja przejawiałem tym zainteresowanie, więc kupił mi mikroskop. Od dziecka wiedziałem, że będę lekarzem.

Kim był pana ojciec?

– Mikrobiologiem po Uniwersytecie Jagiellońskim.

Ojciec miał aspiracje naukowe, pracował na UJ, ale doktoratu nie zrobił. Urodziły mu się dzieci, w sumie czworo. Musiał zarobić na dom. Zatrudnił się w sanepidzie i tu badał te wszelkie patogeny. Po pracy robił – jako jedyny w Zielonej Górze – testy Waalera-Rosego, wykorzystywane m. in. w reumatologii.

Gdzie mieszkaliście?

– Przy ulicy Kołłątaja. Małe mieszkanie zajmowaliśmy razem z dziadkami, rodzicami ojca. O ile niewielka rodzina matki w większości zginęła w czasie II wojny światowej, rodzina ojca mimo wielu tragicznych doświadczeń tę wojnę niemal w komplecie przeżyła. Ojciec dzieciństwo spędził w Galicji, pod Stanisławowem. W czasie wojny dziadkowie przenieśli się do Krakowa, do krewnych. Tu tato poznał moją mamę, która też studiowała na UJ, tylko że chemię. Po wojnie w poszukiwaniu pracy zamieszkali w Gubinie. Stąd przeprowadzili się z dziadkami do Zielonej Góry.

To nie był zwykły dom.

– Na pozór tworzyliśmy zwyczajną, mieszczańską rodzinę.

W niedzielę rano obowiązkowo była msza, a w południe rosół.

Ale za zamkniętymi drzwiami moi galicyjscy dziadkowie – mimo że byli polskimi patriotami – rozmawiali ze sobą austriackim dialektem. A babcia pisała gotykiem. Zostawiła po sobie pisany gotykiem zeszyt z przepisami. Kompletnie nieczytelny dla nas. Szkoda, bo była wybitną kucharką. Jej galicyjska kuchnia stanowiła mieszankę kuchni polskiej, ukraińskiej, austriackiej, węgierskiej i żydowskiej. Smak wyśmienitych
kotletów schabowych pamiętam do dziś.

Przez ten dom o mały włos nie został pan lekarzem.

– Na trzecim roku studiów w Szczecinie skrytykowałem na zajęciach ZSRR. Uczelnia uznała, że „wprowadzam niepokój wśród studentów” i mnie relegowała. Z Kościołem nie jest już mi po drodze, ale jako młody chłopak działałem w duszpasterstwie akademickim, wówczas opozycyjnej oazie wolności. W domu słuchaliśmy Radia Wolna Europa. Część rodziny była w AK. Żeby uciec przed wojskiem, w 1974, dzięki wsparciu rodziny zamieszkałem w zakładzie dla niewidomych w Laskach, u Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża.

Laski był wtedy ważnym ośrodkiem dla opozycji demokratycznej.

– Obserwowałem tu, jak warszawska inteligencja tworzy legendarny Komitet Obrony Robotników. Na co dzień zajmowałem się malowaniem pokoi, a po godzinach roznosiłem opozycyjną prasę. Raz nawet pojechałem do Watykanu, żeby przewieźć do Czech zakazaną tam Biblię

Jak się udało panu wrócić na medycynę?

– Krakowski odłam rodziny poprosił najpierw o pomoc w tej sprawie ówczesnego arcybiskupa Karola Wojtyłę i ten załatwił mi stypendium w Mediolanie. Ale nie dostałem paszportu i nie wyjechałem. Ostatecznie na ratunek przyszła Wanda Wiłkomirska.

Legenda polskiej wiolinistyki, jedna z najwybitniejszych skrzypaczek XX wieku.

– Przyjaźniła się z moją matką. Pierwszym mężem Wiłkomirskiej był Mieczysław Rakowski, wówczas poseł i redaktor naczelny tygodnika „Polityka”. Mimo że należał do partii, to tę partię często krytykował prezentując nurt tzw. liberalnego komunizmu. Tak czy inaczej oboje wstawili się za mną i po trzech latach przerwy, w 1977, dostałem zgodę na warunkowe kontynuowanie medycyny w Białymstoku.

Wybór specjalizacji był pewnie oczywisty.

– Wróciłem do Zielonej Góry i chciałem zostać pediatrą, ale nie było miejsc specjalizacyjnych. Ktoś podpowiedział mi, żebym poszedł na „zakaźny”, do doktora Janusza Kostrzewskiego.

Przyjął mnie z otwartymi rękami. Byłem najmłodszy w zespole, oprócz mnie na oddziale byli sami bardzo dojrzali lekarze. Dużo przez to zyskałem, bo oni widzieli np. dur plamisty, czyli tyfus, a ja znałem go tylko z książek. Ale wcześniej zahaczyłem jeszcze o staż na ginekologii.

I tu poznał pan żonę?

– Miałem brodę, długie włosy i wyglądałem jak Rumcajs z czeskiej bajki. Pierwszy dzień stażu, idę korytarzem i mija mnie młoda fajna dziewucha. Pytam się jej, czy nie wie, gdzie jest odprawa ginekologów. A ona, że właśnie się tam wybiera, bo pracuje na ginekologii jako fizjoterapeutka. Odprawa się zaczyna, dziewczyna bezpardonowo przerywa spotkanie i zaczyna bronić gniazd jaskółek. Lepiły sobie gniazda z błota wymieszanego ze śliną na
ścianach, w wejściach, pod oknami. A pracownicy szpitala je strącali.

Jaskółki ocalały?

– Tak, gniazda do dziś można spotkać w szpitalu. Pomyślałem „Co za włoski temperament!”. I się nie pomyliłem. Ela (Elżbieta Smykał, radna, działaczka społeczna – przyp. red) ma rzeczywiście włoskie korzenie. Jej matka z domu była Castelli. Po pięciu miesiącach byliśmy już małżeństwem.

A jakie cechy powinien mieć dobry lekarz?

– Miłość do ludzi, pokorę. Medycyna jest jak kapłaństwo. Albo masz powołanie, albo go nie masz. Nie nauczysz się właściwego podejścia do pacjenta, zrozumienia, musisz mieć to we krwi. Kiedy zaczynałem pracę, lekarze zarabiali grosze. Byliśmy ideowcami. Żeby samodzielnie podejmować decyzję na oddziale, musiałem zrobić I oraz II stopień specjalizacji. W sumie 12 lat nauki. Dziś wystarczy sześć.

Prawie 30 lat kierował pan zielonogórskim oddziałem zakaźnym. Gdyby pan mógł cofnąć czas, zmieniłby pan wybór i został np. kardiochirurgiem?

– Nie, jestem spełniony jako lekarz, paradoksalnie spełniło się moje marzenie o pediatrii, bo na oddziale leczyłem też dzieci.

Zakaźnictwo nie jest jednak wdzięczną specjalizacją. W Polsce jest nas garstka. Popularni na moment staliśmy się tylko w czasie pandemii COVID-19.

Było wtedy o panu bardzo głośno. Zdiagnozował pan „pacjenta zero”, czyli pierwszy w kraju oficjalny przypadek zakażenia koronawirusem.

– Nie było leków, schematów terapii, sprzętu. Działaliśmy po omacku. Przełomem w mojej karierze było też pojawienie się HIV i AIDS.Pojechałem do berlińskiej Charité, największej kliniki uniwersyteckiej w Europie, zobaczyć, jak leczyć takich chorych, ponieważ my do izolatek wchodziliśmy w kombinezonach i goglach.

Bał się pan?

– Bałem, ale nigdy w szpitalu się niczym nie zakaziłem. Nawet gruźlicą. A mieliśmy kiedyś bardzo dużo pacjentów. Oddział liczył 70 łóżek, dziś ponad 20.

Lubi pan Zieloną Górę? Jak się panu tu mieszka?

– Nie zamieniłbym Zielonej Góry na żadne inne miasto. Moja żona, Ela, odziedziczyła tu stary dom, kompletną ruinę. Remontowaliśmy go latami i teraz każda część jest z innej epoki. Mamy tu ogród, żartobliwie zwany przeze mnie parkiem i psa berneńczyka.

Co jest w życiu ważne?

Miłość. Mamy z żoną dwóch synów, dwie synowe, cztery wnuczki i jednego wnuczka, oraz sporo, sporo przyjaciół.

Żaden z synów nie poszedł w pana ślady? Zaraził pan któregoś bakcylem?

– Synowie do dziś wypominają mi, że w domu byłem gościem, bo musiałem dorabiać w przychodni, w pogotowiu, żeby związać koniec z końcem. Nie chcieli być lekarzami. Wybrali własne drogi, zajmują się turystyką. Dzięki nim zwiedzamy dziś z żoną świat.

Jacek Smykał: – Medycyna jest jak kapłaństwo. Albo masz powołanie, albo go nie masz.

Fot. Władysław Czulak