Pesymistyczne prognozy wyludniania się polskich miast GUS zmienia na jeszcze bardziej ponure. Zielona Góra zachowuje jednak szanse, by w depopulacyjnym trendzie zachować status wyjątku od reguły. Skąd ten zwrot?

Najważniejsza liczba to 138.869. Tyle osób mieszkało w Zielonej Górze w połowie 2025 r. GUS, który uwzględnia w swoich statystykach zarówno stałych mieszkańców, jak i przebywających (oficjalnie) przez co najmniej trzy miesiące, wyliczył, że na początku roku było ich nawet o 109 więcej. Ubytek rzędu 0,08 proc. w porównaniu ze zmianami zachodzącymi w innych wojewódzkich stolicach i tak stawia nasze miasto w korzystnym świetle.

Tylko Kraków, Gdańsk, Warszawa i Rzeszów zyskały mieszkańców w minionych sześciu miesiącach. Cała reszta traciła. Zielona Góra najmniej, najwięcej zaś Łódź, której populacja zmniejszyła się o ponad 3 tys. mieszkańców. W ujęciu procentowym największy uszczerbek dotknął Gorzowa Wlkp., gdzie w pół roku redukcja doszła do 0,54 proc. (624 osoby).

Pustynia w Gorzowie

Gdyby zachować dynamikę zmian z pierwszej połowy br., już za niespełna 100 lat północna stolica woj. lubuskiego stałaby się miastem bezludnym, podczas gdy południowa wciąż utrzymywałby się grubo ponad poziomem 100 tys.

W demografii nie można jednak polegać na sześciomiesięcznej próbie do tworzenia dalekosiężnych symulacji. A te mówiły, że w 2060 r. Zielona Góra będzie miastem z liczbą mieszkańców 128.716, do 2057 r. utrzymując się ponad progiem 130 tys. Gorzów już za niespełna 20 lat miałby stracić status miasta 100-tysięcznego, spadając w 2060 r. do poziomu 84.417 mieszkańców.

Co gorsze, przed dwoma miesiącami Główny Urząd Statystyczny (bez uszczegółowienia dla poszczególnych gmin) skorygował swoje oczekiwania. Ogólna liczba mieszkańców Polski w 2060 r. ma spaść do 28,4 mln, podczas gdy szacunki sprzed dwóch lat celowały w 30,9 mln. Drastyczna korekta – cięcie o 2,5 mln w skali całego kraju – najpewniej nie ominie naszego regionu.

Na uniwersytet dmuchaj i chuchaj

Zielona Góra nie gra w jednej lidze populacyjnej z Warszawą, Gdańskiem czy Krakowem, ale wśród miast o podobnej liczbie mieszkańców wypada w GUS-owskich prognozach niczym zielona wyspa. Dlaczego?

Znany demograf dr Piotr Szukalski, członek Rządowej Rady Ludnościowej, bez wahania na pierwszym miejscu wskazuje Uniwersytet Zielonogórski: – W dwóch stolicach woj. lubuskiego macie porównywalną liczbę ludności, ale nieporównywalną liczbę studentów. W Zielonej Górze jest ich kilkakrotnie więcej. Przyciągają ich najbardziej atrakcyjne kierunki studiów na UZ, m. in. medycyna czy specjalizacje techniczne. Powinniście dmuchać i chuchać na tę instytucję, ponieważ część absolwentów zwykle zostaje na stałe w mieście, w którym kończy naukę – uzasadnia naukowiec z Uniwersytetu Łódzkiego.

Dr Krzysztof Lisowski, socjolog z UZ dorzuca kolejny istotny argument. – W 2015 r. Zielona Góra wchłonęła gminę wiejską, tzw. obwarzanek. Miasto znacznie się powiększyło zarówno liczbowo, jak i terytorialnie. Tymczasem problemem wielu polskich miast, oprócz tego, co obserwujemy w tzw. wielkiej piątce (Warszawa, Kraków, Poznań, Wrocław, Gdańsk – dop. red.), są procesy suburbanizacyjne. Ludzie wyprowadzają się z centrów na obrzeża i do pobliskich miejscowości. W Zielonej Górze te obrzeża zostały przyłączone, przeprowadzki odbywają się zatem w granicach administracyjnych miasta. W Gorzowie natomiast, gdzie takich terenów już brakuje, mieszkańcy wyprowadzają się do sąsiednich gmin, np. Deszczna. W efekcie gmina wiejska Gorzów notuje dobre wskaźniki demograficzne, stając się tzw. sypialnią miasta. Zielona Góra takiego zjawiska uniknęła.

Skazani na kanibalizm

– Demografowie często powtarzają, że to, co ma się wydarzyć jutro, wydarzyło się wczoraj. A w ub. roku urodziło się w Polsce najmniej dzieci od zakończenia II wojny światowej. Jeśli dziś rodzi się mało dziewczynek, to za 20-30 lat nie będzie miał kto rodzić kolejnych pokoleń – wskazuje dr Lisowski.

Szukalski dodaje, że trendy depopulacji i starzenia się społeczeństwa są już w Polsce trwałe i nieuniknione. Można je jedynie łagodzić poprzez migrację lub nowe technologie, które zrekompensują niedobór rąk do pracy.

Potencjał i atrakcyjność Zielonej Góry wystarcza na przyciąganie ludzi z mniejszych okolicznych miejscowości. O wiele trudniej, w porównaniu np. z Wrocławiem, Poznaniem czy Berlinem sprawić, by osiedlali się u nas mieszkańcy z Dolnego Śląska, Wielkopolski czy Brandenburgii.

– Dochodzi więc do swoistego kanibalizmu wojewódzkiego. Lubuskie stolice mogą utrzymywać się na powierzchni kosztem mniejszych miast naszego regionu – zauważa socjolog z UZ.

Potwierdzają to prognozy GUS sprzed dwóch dla całego woj. lubuskiego. Zakładały, że z blisko miliona obecnych mieszkańców do 2060 r. miało nas zostać tylko 760 tys. Niestety, po ostatniej korekcie trzeba przyjąć wartość nawet poniżej 750 tys.

Zjawisko nie jest zresztą nowe. Piotr Szukalski przygotował raport „Skąd i dokąd uciekają młodzi Polacy”. Porównał w nim liczbę dzieci w 2004 r. z liczbą 30-latków w roku 2024. Zielona Góra wypadła okazale, notując przyrost rzędu 50,8 proc. (wyraźnie więcej niż np. Szczecin, Toruń, Olsztyn), podczas gdy Gorzów stracił 5,5 proc.

Miedź odmieni oblicze tej ziemi?

Czy dżokerem w demograficznej grze Zielonej Góry i innych okolicznych miejscowości okażą się złoża miedzi zlokalizowane m. in. w gminach: Bojadła, Kolsko, Nowa Sól i Siedlisko? Kopalnia i jej obsługa mogłyby przełożyć się na utworzenie wielu nowych miejsc pracy i nowych mieszkańców. Tyle że inwestycja musiałaby pochłonąć blisko 28 mld zł. Wymagałaby także technologii wydobywczej z głębokości ok. 2 tys. m. Tymczasem KGHM, monopolista na polskim rynku, ma zaspokojone swoje potrzeby na 50 najbliższych lat w o wiele płytszych złożach. W minionych tygodniach zaczęła się eksploracja ok. 1,3 tys. m pod powierzchnią gruntu w okolicach Retkowa. Na tak dużej głębokości Kombinat nigdy dotąd nie prowadził wydobycia.

Gotowość do budowy kopalni w woj. lubuskim zgłasza kanadyjska spółka Miedzi Copper Corp., która nie boi się prac na wielkich głębokościach. Nieoficjalnie: zielone światło dla tej inwestycji zapali się najwcześniej za trzy-cztery lata, a blisko 10 lat zajęłaby budowa kopalni.

Andrzej Tomasik

Fot. Władysław Czulak / Według demografów w 2060 r. Zielona Góra ma liczyć 128,7 tys. mieszkańców. Mniej niż dziś, ale i tak zasługuje na miano demograficznej „zielonej wyspy”.

Dlaczego duże miasto się opłaca?

Po pierwsze podatki. Np. od nieruchomości oraz część podatków dochodowych (PIT, CIT) trafia do kasy miasta, w którym mieszkają i pracują ludzie. Im więcej mieszkańców, tym więcej podatków, a w konsekwencji większe środki na inwestycje w transport, edukację czy kulturę. Większe ośrodki przyciągają także prywatnych inwestorów, studentów czy wykwalifikowanych specjalistów, co – niczym efekt kuli śnieżnej – może rozwijać rynek pracy, ofertę kulturalną, gwarantować bardziej efektywne wykorzystanie infrastruktury.

Fot. Andrzej Tomasik / – Żyjemy coraz dłużej i rodzi się coraz mniej dzieci. To prosty przepis na starzenie się społeczeństwa, w którym młody człowiek staje się „towarem deficytowym” – określa dr Krzysztof Lisowski