Dla Krzysztofa Sadeckiego kamper to wolność

Fot. Władysław Czulak / Dla Krzysztofa Sadeckiego kamper to wolność

Smaży w nim jajecznicę, słucha radia, bierze prysznic. Kamper Krzysztofa Sadeckiego powstał z małego autobusu. Dziś to wygodny dom na kółkach. Z żoną Moniką jeżdżą nad lubuskie jeziora, ale plany są ambitniejsze, po głowie chodzi im Norwegia!

Krzysztof Sadecki pracował jako ślusarz-spawacz, potem prowadził autobus MZK. Brakowało mu jednak adrenaliny i przygód, więc został kierowcą ciężarówki, jeździł po Europie. Szoferkę w końcu zamienił na etat w biurze obsługi urzędu miasta. Przez kilka lat był też sołtysem Zatonia, z trudem mógł usiedzieć w domu. Nosiło go, sielskie życie nie dla niego.

– Cztery lata temu podróżowanie stało się utrudnione z racji pandemicznych obostrzeń. Chcieliśmy gdzieś z żoną Moniką pojechać, żeby nie zwariować. Kolega przysłał zdjęcia z atrakcyjną bazą dla kampera – wspomina Sadecki. – Po dniu namysłu podjąłem wyzwanie. Moje motto jest proste. Nie sztuka coś kupić, a samemu zrobić i się z tego cieszyć.

Żyłka majsterkowicza

Krzysztof przerobił na kampera Autosan H7. Żyłkę majsterkowicza odkrył w sobie, gdy jako ślusarz i spawacz zajmował się remontami autobusów w jednej z zielonogórskich firm. Doświadczenie zdobywał konstruując tzw. trajkę – pojazd silnikowy na trzech kołach, połączenie motocykla z samochodem. Można go zobaczyć po sąsiedzku w Muzeum PRL.

– Kampera „dłubałem” blisko cztery lata. Wiedzę zdobywałem z artykułów i filmów na YouTube. Pozbyłem się zgniłych elementów. Wyciąłem ściany i na nowo tworzyłem pustą przestrzeń – zdradza Sadecki. Zależało mu, żeby pojazd był bezpieczny. W końcu robił go też dla żony, córek Klaudii i Natalii oraz wnusi, dwuletniej Lili, która jest oczkiem w głowie dziadka.

Kamper Sadeckiego to pojazd sześcioosobowy z wygodami, łazienką z prysznicem, sypialnią i jadalnią z lodówką. Działa kuchenka. Jako pierwsza została podana jajecznica.

Losowanie wyprawy

W czerwcu wybrali się z Moniką na romantyczną wyprawę, odwiedzili lubuskie jeziora. Zaczęli koło Torzymia, skończyli w Tyczynie. – Żona była bardzo zadowolona, a córki zachwycone „wynalazkiem”. Znajomi podziwiają – cieszy się Sadecki. Był zresztą z nimi niedawno nad morzem w Pustkowiu.

– Praca nad kamperem była odskocznią od codzienności, to był reset głowy, wyciszenie. Kiedy miałem wszystkiego dość przychodziłem do warsztatu i grzebałem przy autobusie – opowiada konstruktor.

Co było najtrudniejsze? – Uzgodnienia z żoną, chciała mieć wszystkie wygody – śmieje się Krzysztof. – Ja też nie marzyłem o spartańskich warunkach, a o kamperze na „wypasie”. Byłem drobiazgowy, ściankę od łazienki rozbierałem trzy razy, teraz dopiero stoi w odpowiednim miejscu.

Prawie wszystko zrobił sam, kolega pomógł mu tylko zamontować meble. Krzysztof przerobił instalację elektryczną, zajął się hydrauliką, w garażu czeka na zamontowanie fotowoltaika, bo kamper ma być przyjazny dla środowiska. Postawiony w cieniu nie nagrzewa się, jest wyposażony w oddychający styropian. Nie ma potrzeby inwestowania w klimatyzację.

– Podróż życia? – Chcemy się z Moniką skupić na pięknej Polsce. Planujemy zwiedzić Podlasie. Będziemy rzucali lotkami w darta, gdzie jeszcze pojechać – śmieje się Sadecki. – Za rok zaliczymy Norwegię.

Rafał Krzymiński