Kosząc często, tworzymy ścierniska, woda ucieka. Ziemia wysycha i zamiera. Z drugiej strony kosić trzeba, ale racjonalnie – mówi Monika Drozdek, nowy zielonogórski Miejski Ogrodnik.

Monika Drozdek od lipca jest Miejskim Ogrodnikiem. Na stanowisko powołał ją prezydent Marcin Pabierowski. Monika Drozdek jest architektką krajobrazu. Ukończyła Szkołę Główną Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie, doktorat obroniła na Politechnice Wrocławskiej. Współpracowała z Uniwersytetem Zielonogórskim.  Jest autorką książki „Zielona Zielona Góra”.

Artur Łukasiewicz: Kosić, nie kosić? To najgorętsze pytanie lata, mieszkańcy są podzieleni. To jak?

 

Monika Drozdek, zielonogórski Ogrodnik Miejski: – Nie ma jednej odpowiedzi. Jedni chcą, inni nie.

Miasta prowadzą różne zielone polityki, często skrajne. Czasem tnie się wszystko, drugim razem niemal w ogóle.

– Mimo wykluczających się podejść, rozmawiałabym z mieszkańcami, szukając zbliżenia.

Da się pogodzić „ekologów” i „estetów”?

– Warto próbować, ci i ci maja argumenty. Ekologia nam pokazuje, że w miastach jest za gorąco, brakuje wody, a niekoszone trawniki ją retencjonują. Kosząc często, tworzymy ścierniska, woda ucieka. Ziemia wysycha i zamiera. Z drugiej strony kosić trzeba, ale racjonalnie.

Czyli jak?

– W odpowiednim momencie, tak jak robią to rolnicy. Koszą, chcąc zebrać trawę na kiszonkę dla zwierząt lub pokos na siano. Nie warto kosić kiedy mamy już suche trawy, bez odrastającej zieleni. Widząc wyschnięte łany i nie wysiane nasiona, lepiej kosiarek nie włączać. Kosić trzeba kiedy zielona trawa odrasta.

Gdyby zapytać w sondzie o koszenie licealistów i ich rodziców, „ekologicznie czy ładnie”,  dostaniemy zupełnie różne odpowiedzi.

– Nic dziwnego, myślenie o zieleni zmienia się pokoleniowo. Wynika to z historii i edukacji. Młodzież w szkole na okrągło słyszy o ekologii, starsi będą mówić  o zaniedbaniach, gdy nie widzą kosiarzy. Młody człowiek dostrzeże szybciej dobro w wyrośniętym trawniku. To miejsce przyjmowania wody i życia potrzebnych owadów. Zdają sobie bardziej sprawę z wagi bioróżnorodności niż ich rodzice. Młodzi uczą się postrzegać piękno przyrody w tym jaka ona jest a nie a nie po tym jak ją człowiek obrobił.

Wśród mieszkańców jest coraz większa świadomość wartości przyrody. Zieleń zatrzymuje wodę, której nam brakuje. To nie tylko trawniki, ale drzewa i krzewy. Mądrze nazywa się to intercepcją. To coś innego niż retencja. Czymś jeszcze innym jest nie wygrabianie liści do gołej ziemi, co prowadzi do wyjaławiania gleby. To działanie na szkodę środowiska miejskiego i przyrodniczego.

Ile więc racji mają mieszkańcy, których irytuje niekoszenie? Mówią, że miasto zarasta, wszędzie chaszcze, brzydko.

– Estetyka jest ważna, tyle że powtórzę, każdy inaczej postrzega piękno zieleni. Jeden powie, że podoba mu się równiutko przycięty trawnik, drugi woli łąkę. W mieście jest miejsce na jedno i na drugie.

Domaganie się koszenia ma też powody praktyczne. Dam przykład z tego lata. Niektóre dojrzale trawy przypominają kłosy zbóż. Są niebezpieczne dla zwierząt, dostają się do psich uszu. Kończy się to pilną wizytą u weterynarza, często zabiegiem z narkozą i rachunkiem 400-500 zł za wyjęcie tego kłoska z ucha. Naprawdę sporo takich przypadków w Zielonej Górze. Właściciele psów domagają się  koszenia wybiegów i parków. To racjonalny postulat.

– Współczuję właścicielom psów. Nie wiem dlaczego nie kosi się wybiegów, powinny być. To właśnie temat na rozmowy z mieszkańcami.

Jak ogarnąć całą zieleń w mieście?

– Niełatwo. Jest stowarzyszenie, w który działa Joanna Liddane. Ono pomogło przygotować mapę Zielonej Góry z podziałem  na strefy zieleni. W nich określa się m. in. zakres prac wskazanych i niezbędnych. Dopiero się z nią zapoznaję. Z pewnością taka mapa pozwala na całościowe spojrzenie.

To jeszcze o estetyce. To moje spostrzeżenie.  Co roku miasto wydaje spore pieniądze na  bratki, begonie i inne jednoroczne rośliny. Powstają nawet mozaiki kwietne jak za Gierka. Warto?

– Będę broniła bratków. I zaprotestuję. Kwietniki i rabaty w miastach nie są wymysłem epoki Gierka, a mają dużo dłuższą historią. Od zarania ludzie kochali kwiaty. Dlaczego im to odbierać?

Nie lepiej zainwestować w hortensje i wieloletnie byliny?

– Nie. Odwołam się do historii. Już w starożytności kwiat miał wyjątkową wartość. Mogli sobie na nie pozwolić bogaci. Podobnie było w średniowieczu, renesansie. Z biegiem stuleci miejski kwiat był powszechniejszy. One zawsze były obok nas, tylko formy się zmieniają. PRL-owskie kwietniki o których pan wspomina, mają własny kształt, charakterystyczny styl. My, w XXI wieku dodajemy swój. Nasze kwietniki  są na dzisiejsze czasy. Wykorzystujemy podpory – ukwiecone lampy, motyle na rondach. Takie elementy wskazują na zamożność miasta, na dobrego gospodarza. Cieszą oko. Dla mieszkańców i gości to dowód, że o miasto się dba. Oczywiście, w mieście będą też wieloletnie kwitnące rabaty.

Co jeszcze w obecnej zieleni jest znakiem naszych czasów?

– Choćby powrót do zieleni na elewacjach budynków, co było modne w secesji, ponad sto lat temu. Dziś mówi się o ogrodach fasadowych, które schładzają miasto. Mamy więc elewacje porośnięte pnączami. Od razu  zdementuję `teorię jakoby miały zawilgacać budynki. Jest odwrotnie, by żyć wyciągają z gleby wodę znajdującą się w pobliżu fundamentów – osuszając je.

W naszym budownictwie pojawiają się zielone dachy. We Francji to obowiązek, u nas w Zielonej Górze rzadkość. Dlaczego?

– Bo nie da się uciec od finansów. Zielone dachy nie są tanie, mimo że są bardzo eko.  Roślina na górze „łapie wodę”, pomaga w utrzymaniu wilgotności. To mniej odprowadzanej wody do instalacji burzowych. Trzeba zrozumieć jedną rzecz: każda woda, która trafia do kanalizacji jest stracona. A to nasza woda, woda za darmo i lepiej ją oddać ziemi.

Jak ją jeszcze przy pomocy roślin można zatrzymać?

– Zielona Góra prowadzi już projekt rozszczelniania betonowych podłoży w śródmieściu i zasadzania je roślinami.

Parki kieszonkowe, linearne, skwery. Czy nam w mieście takich parków brakuje?

– Zawsze są potrzeby. Patrząc na historię, one się zmieniają. W powojennych czasach w ogóle nie mówiono o parkach. Te z międzywojnia przeznaczone były niemal wyłącznie dla dzieci. Symbolem stały się ogródki jordanowskie głównie przy placówkach dla sierot. Pierwszy powstał w Krakowie.

Po wojnie park kojarzył się z ławkami i osobami starszymi. Można było pójść i posiedzieć, żadnych atrakcji. Zmiany poszły szybko. W naszych czasach przyszła moda na nordic walking. Wypromowano ją tak, że głównie kobiety uprawiają. Zauważył pan?

Zdecydowanie tak, potwierdzam.

– Więc w parkach zaczęły się spacery z kijkami, następnie pojawili się biegacze, doszli rowerzyści. W badaniach prof. Andrzeja Greinerta prowadzonych 15 lat temu, socjologowie pytali zielonogórzan, jaka funkcja parku jest dla nich najważniejsza?  Proszę sobie wyobrazić, że park z ławką to prehistoria, na pierwszym planie była funkcja sportowa. Bieganie, siłownia, trasa rowerowa. Dla mnie to było zaskoczenie.

A zaskoczę pana jeszcze bardziej.  Natomiast w innych badaniach z 2024 r. wyszło, że już nie sport, ale najważniejsza jest dzikość. Dlatego też w drugim etapie rewitalizacji Doliny Gęśnika w planach jest utrzymanie naturalnego charakteru parku z zachowaniem „dzikości” tego obszaru.

To jest okazja by spytać o rzecz wstydliwą. Nawet powstała książka pt „Polka sika w krzakach”, bo bohaterkami są mamy z dziećmi.  Jakoś tak się dzieje, że wydaje się miliony złotych na rewitalizacje parków i enklaw zieleni, a zapomina się o czymś tak przyziemnym jak toaleta publiczna. Potrafi to pani wyjaśnić?

– Nie zapomina się, to rzecz finansów i programów unijnych jasno określających na co można wydać pieniądze. Choć to nie pytanie do ogrodnika, wiem to z racji doświadczenia ośmiu lat pracy jako inspektor nadzoru. To kwestia organizacji inwestycji. Innym problemem są użytkownicy toalet, rzecz równie wstydliwa.

Czym głównie będzie zajmować się miejski ogrodnik? Czy mieszkańcy będą mogli zadzwonić, napisać mejla?

– Będę oczywiście dostępna, jak tylko jakoś się urządzę.  Najszybciej będzie można mnie spotkać w siedzibie spółki ZGK przy al. Zjednoczenia. Nie widzę przeszkód by umówić się na spotkanie.

Zajmować się będę, nie wchodząc w szczegóły, projektami zieleni m.in. przy drogach, na rondach, pasach rozdziału jezdni. Dochodzi opieka nad parkiem w Zatoniu. Zależy mi na usystematyzowaniu i standardach utrzymania zieleni. W ten zakres wchodzi np. określenie jakości materiału roślinnego, czego powinni przestrzegać wykonawcy, inwestorzy prywatni, budowniczy dróg. Chodzi o to by rośliny były dobrej jakości i miały określone parametry. Rolą ogrodnika jest tego przypilnować.

Pamiętam w mieście akcję 800 drzew na 800 lecie, co znowu Gierkiem zapachniało. Po wielu z tych drzew nie ma śladu, o czym piszą  mieszkańcy w sieci.

– Nie znam ich losu, ale lepiej dokładnie planować akcje niż prowadzić je na hurra.  Pamiętam inną akcję radnych, sadzących magnolie gdzie tylko się da. W większości przepadły, albo dogorywają. Roślina jest żywą istotą. Nie odzywa się, ale niesie wartość. O nią trzeba dbać. Rzecz nie kończy się na wykopaniu dołka i wsadzenia do niego korzenia. Rośliny mają swoje wymagania. Jedne lubią kwaśną glebę, inne zasadową, piaszczystą lub wilgotną. Posadzenie w warunkach nieprzyjaznych spowoduje, że uschną. Z drugiej strony nie każde drzewo wymaga obfitego podlewania, natomiast każda wymaga przygotowania gleby. Gdy nie popełnimy błędów, roślina sobie poradzi.

Skąd się pani wzięła? Jak to się stało, że została pani miejskim ogrodnikiem?

– Jestem z Zielonej Góry, tu się urodziłam, ale jak miałam sześć lat rodzice kupili dom w Wilkanowie i się przeprowadziłam. Latami do szkoły  dojeżdżałam czerwonym autobusem MZK. Dlatego nie lubię tłoku, dziś rzadko wsiadam do autobusu. Chodziłam do liceum nr 7 przy Wyspiańskiego. Bardzo przyjemne miejsce, blisko lasu i parku. Mogłabym dużo opowiadać, co młodzież w nim robiła (śmiech).

Ojciec pracował w Zastalu, w biurze konstrukcyjnym. Podpatrywałam jak pracował. Podobała mi się myśl inżynierska, projektowanie, techniczne rozwiązywanie zadań. To inżynierskie podejście powiązałam z przyrodą. Bardzo to lubiłam. Dlatego wybrałam się na studia na SGGW w Warszawie. Potem zrobiłam studia podyplomowe z historii sztuki ogrodowej. To mnie fascynowało. Specjalizuję się w rewitalizacji i ochronie zabytkowych parków. Niemal każdy element takiego parku wiele mówi o jego powstaniu, myśli jaka mu przyświecała. Zrobiłam doktorat na Politechnice Wrocławskiej. Pisałam go o zieleni i ogrodach w miastach na środkowym nadodrzu. Interesował mnie zwłaszcza okres industrialny. To kolejny etap w historii. W średniowieczu na ogrody było stać mnichów i możnowładców. Potem były bujne renesans i barok. Wreszcie XIX wiek – Park Mużakowski i pierwsze parki miejskie. Czas ludzi, którzy zarobili dużo pieniędzy i postanowili zrobić coś szlachetnego. Przyroda ogrodowa i parkowa bardzo zyskała. Stała się powszechnym dobrem w miastach.

Jaki park w pani prywatnym rankingu stoi najwyżej?

– Ukochanym parkiem jest ten w Branitz w Cottbus. Stworzył go Puckler, twórca Parku Mużakowskiego. Gdy zbankrutował, przeniósł się do siedziby swojego ojca w Branitz. To jego dzieło życia.

U nas wyjątkowy jest park w Zatoniu. Uroczy, zaskakujący. Zieleń jak dzieło sztuki.

Artur Łukasiewicz