Siedmioro ludzi, jak w filmie „Elling”, zamieszkało razem, by nauczyć się samodzielności. Jak im idzie?
Drogę w drzwiach zagradza mi ubrana w dres blondynka. – Ja dziś nie mam czasu na gości. Robię pranie! – odmawia grzecznie, ale stanowczo.
– Jasne, Marto, ja się zajmę gościem… – wtrąca się do rozmowy psycholożka Daria Majer. Marta ma 40 lat. Właśnie wyprowadziła się od rodziców i zaczyna dorosłe życie.
Jak ryba w wodzie
W nominowanym do Oskara norweskim filmie „Elling” tytułowy bohater mieszka w ośrodku dla ludzi z niepełnosprawnościami. Boi się odebrać telefon, wyjść na ulicę. Przerastają go nawet proste, codzienne czynności.
Pewnego dnia staje przed wyzwaniem: ma zamieszkać w Oslo w mieszkaniu socjalnym z innym nieprzystosowanym społecznie lokatorem. I pod okiem instruktora nauczyć się samodzielnego życia.
Różnie mu idzie. Zmaga się z fobiami, traumami, strachem, ale pokonuje też bariery i cieszy się z sukcesów. Trening wzmacnia w nim poczucie podmiotowości, uczy podejmowania decyzji, przeciwdziała izolacji.
Takim Ellingiem jest teraz Marta. Z tym, że zamiast w Oslo, 40-latka zamieszkała razem z sześciorgiem obcych sobie osób w mieszkaniu treningowym prowadzonym przez zielonogórskie Centrum Usług Społecznych.
– Dwa lata walczyła o tę szansę – mówi o Marcie z uznaniem Majer, psycholożka i kierowniczka mieszkania treningowego. – Ma bardzo opiekuńczą rodzinę, która sceptycznie podchodziła do pomysłu wyprowadzki z domu. A Marta? Czuje się w nowym miejscu jak ryba w wodzie.
Marta ma dziś dyżur w pralni, właśnie zabiera się za pranie. Segreguje brudne ubrania swoje i reszty mieszkańców. Raz, dwa, trzy i pralka zaczyna się kręcić. Marta zaciera ręce.
Idzie jej dziś wyjątkowo świetnie, rano wygrała zawody w boccia (dyscyplina paraolimpijska wywodząca się od włoskiej gry w bule). I zdobyła kolejny medal.
Pa, kochani!
Mieszkanie jest wielkie i trochę dziwaczne. Może dlatego, że nie było kiedyś mieszkaniem. Przed laty odbywały się tu warsztaty z terapii zajęciowej. Potem na 350 mkw. urzędnicy wydzielili kuchnię, w której stanął duży stół, przestronny salon z telewizorem i kanapą, hol, dwie łazienki, toalety i siedem pokoi.
Pierwsi mieszkańcy wprowadzili się na Głowackiego w 2019 r. Ich roześmiane portrety wiszą do dziś w przedpokoju. Od tego czasu przez „treningówkę” przewinęło się 31 osób.
Jest piękna, słoneczna pogoda. Sąsiad z bloku obok otworzył okno i popijając kawę uśmiecha się do nas z okna.
– Na początku sąsiedzi patrzyli na nas dość podejrzliwie – mówi Majer. – Pewnie dlatego, że wszędzie chodziliśmy razem, niemal za rękę: na spacer, zakupy, na autobusowy przystanek. W końcu przywykli do widoku naszej wesołej grupki, a nawet – mogę to powiedzieć śmiało – nas polubili. Kasjer z pobliskiego dyskontu żegna nas zawsze czule: – „Pa, moi ukochani klienci”.
Obiad to trudny trening
Po domu roznosi się zapach obiadu. W kuchni słychać gwar.
– Co gotujecie? – pytam Klaudię, Patrycję, Martynę i Jagodę, które wróciły już z zajęć (mieszkańcy chodzą na terapię, do szkół, niektórzy studiują), a teraz krzątają się w kuchni pod okiem Magdy Gryszko. To jedna z sześciu etatowych opiekunek w „treningówce”.
– Będzie mięso, ziemniaki i mizeria. Mniam! – mówi Martyna, która raz po raz zagląda przez szybę piekarnika, czy karkówka się aby nie przypala.
– Ty draniu! Myślisz, że cię nie widzę? – nagle wypala do Fabiana, który za jej plecami próbuje skubnąć z salaterki kawałek ogórka. Wszyscy wybuchają śmiechem.
Mieszkańcy sami układają menu i przygotowują posiłki. Codziennie ktoś inny wciela się w rolę szefa kuchni i forsuje swój pomysł na obiad czy kolację.
W poniedziałek Rafał serwował aromatyczną pomidorówkę i tosty na słodko, we wtorek Martyna zrobiła świetną pastę na kanapki z żółtym serem i czosnkiem, a w środę Fabian przygotował brytyjskie fish and chips, czyli frytki i smażoną rybę. – W niedzielę będzie schabowy – zerkam do menu.
– Układanie jadłospisu to jeden z trudniejszych treningów – mówi Daria Majer. – Uczy planowania, integracji, wymaga pójścia na kompromis, bo nie wszystkie pomysły przechodzą gładko. Przygotowywanie listy zakupów i same zakupy to z kolei trening z budżetowania. Pozwala na lepsze zarządzanie czasem i ograniczenie niepotrzebnych zakupów.
Mieszkańcy co tydzień zrzucają się do wspólnej skarbonki po 120 zł i razem stają na straży wydatków.
– Szukają promocji, okazji, kalkulują. Niektórzy stali się w tym prawdziwymi mistrzami – opowiada Magda Gryszko.
Przygotowanie posiłków to z kolei trening z organizacji, ale też sprawczości. Rafał ze spektrum autyzmu jeszcze do niedawna nie umiał w ogóle gotować. A teraz przygotowuje prawdziwą, pyszną francuską ratatouille. – I to dla siedmiu osób – dodaje z dumą.
Proszę, dziękuję, przepraszam
Zgodnie z zasadami solidarnie dzielą się wszystkimi obowiązkami. Sami dbają o porządek w swoich pokojach (każdy ma osobny).
Spory i konflikty domownicy z Głowackiego starają się także rozwiązywać demokratycznie. Pomaga im w tym spisany nieformalnie regulamin.
Czytam fragment kodeksu, który wisi na korkowej tablicy w kuchni: „Nie używamy ognia”, „Nie wchodzimy na dach”, „Nie zażywamy cudzych leków!!!”, „Staramy się być dla siebie przyjaciółmi”, „Używamy magicznych słów: „proszę, dziękuję, przepraszam”. „W dni powszednie słuchamy głośnej muzyki do 19”, „Nie kradniemy”.
– Nikt nie nazywa tego po imieniu, ale tu non stop odbywa się jakiś trening – mówi Majer.
Obiad prawie gotowy, pranie na finiszu.
Wszyscy siedzą już przy zastawionym stole, prócz Rafała, która robi ostatnie notatki o Bismarcku. Studiuje historię na Uniwersytecie Zielonogórskim. Licencjat obronił na piątkę, teraz czeka go magisterka.
– W akademiku nie czułem się swojo – opowiada. – Choć na studiach idzie mi dobrze, paradoksalnie z wieloma codziennymi rzeczami kompletnie sobie nie radziłem. Tu odżyłem i nabrałem wiary w siebie. Chcę zostać na Głowackiego jeszcze dwa lata, do końca studiów.
Tyle maksymalnie zgodnie z regulaminem trwa pobyt w mieszkaniu treningowym. – Ale okres jest umowny, w zależności od potrzeb ośrodek można go wydłużyć – uspokaja personel.
Na swoim
Przez sześć lat z 31 mieszkańców „treningówki”, usamodzielniło się 12 osób. Pytam Weronikę Gryszczuk, zastępczynię dyrektora Centrum Usług Społecznych, czy to dużo?
– Nie mam jednoznacznej odpowiedzi – odpowiada. – Wielkim sukcesem jest, kiedy ktoś idzie „na swoje”, ale szczęśliwe zakończenie to także takie, kiedy osoba wcześniej nieporadna jest w stanie przygotować sobie posiłek, wykupić leki, pojechać na drugi koniec miasta do lekarza czy banku i załatwić sprawę.
Tak było w przypadku Patryka, który mieszkał przy Głowackiego trzy miesiące.
Daria Majer: – Ale co to były za trzy miesiące! Patryk nauczył się robić sobie śniadania, sprzątać w mieszkaniu i co najważniejsze zostawać w nim sam. Jego mama może teraz wrócić do pracy.
Sylwia Sałwacka
* imiona niektórych osób zmieniliśmy
Siedmioro mieszkańców
Mieszkanie treningowe w Zielonej Górze jest przygotowane na przyjęcie jednocześnie siedmiu pełnoletnich osób z niepełnosprawnościami w stopniu umiarkowanym lub znacznym. Decyzję o skierowaniu na „treningówkę” wydaje Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej. Opłata za mieszkanie uzależniona jest od wysokości dochodów. Aktualnie w kolejce na przyjęcie czekają cztery osoby.

Trening w kuchni. Do obiadu będzie przepyszna sałatka. Od lewej: opiekunka Magda Gryszko, Martyna oraz Magda.
Fot. Władysław Czulak

Daria Majer (od lewej), szefowa mieszkania treningowego, Weronika Kulesza-Gryszczuk, zastępczyni dyrektorki Centrum Usług Społecznych i Anita Buraczewska, dyrektorka CUS.
Fot. Władysław Czulak

Rafał robi ostatnie notatki o Bismarcku, przygotowuje się do zajęć na Uniwersytecie Zielonogórskim. Studiuje historię. Licencjat obronił na piątkę, teraz czeka go magisterka.
Fot. Władysław Czulak











