– Wieczorem, 31 grudnia 1996 roku zgasiłem ostatniego papierosa, mentolowe caro. Nie miałem pracy, pieniędzy. W pudełku na dnie szafy trzymałem trampki, dres, koszulkę i spodenki, pamiątki z czasów, gdy uprawiałem boks.
– Po wielu latach znów przebrałem się w sportowy strój. Wyszedłem z domu przy Jaskółczej i ruszyłem z górki. Ubiegłem może półtora-dwa kilometry. Nie jest ze mną tak źle… W drodze powrotnej okazało się, że jest niestety fatalnie. Ledwie człapałem. Na koniec piętra pokonywałem, dosłownie wciągając się po poręczy jak po linie. Wreszcie zziajany padłem na kanapie. Oj, Zdzichu, pomyślałem, albo będziesz żył, albo będziesz gnił.
Zawziął się. Zawsze był zawzięty
Pierwsza przebieżka była jak bolesna lekcja pokory. Jedna z wielu. Kilka tygodni później wybrał się na pierwsze długie wybieganie. – W drodze powrotnej modliłem się o rychłą śmierć, bo już nie miałem siły, aby zrobić choćby krok więcej, ale ambicja nie pozwalała mi zostać za plecami o 15 lat starszego kolegi – opowiada Zdzisław Salmanowicz.
Fizyczna zapaść nie wynikała tylko z długiego rozbratu ze sportem. To był już ostatni dzwonek, żeby zamknąć etap życia, który zaczął się mocno rozrywkowo, ale w rzeczywistości ciągnął na dno.
Wyrwał się ze złej kompanii. Łamanie własnych słabości tylko napędzało do kolejnych treningów. Bieganie sprawiało, że cieszył się życiem bez potrzeby sięgania po alkohol. Już jesienią tego samego roku pierwszy raz pokonał trasę maratonu. Od tamtej pory do dziś ukończył ich 60, tylko jeden w czasie powyżej czterech godzin. Półmaratonów, piątek, dziesiątek, sztafet i przełajów nie zdołałby zliczyć
Ultramaratony? Najrzewniej wspomina 100-kilometrową pętlę z widokiem na szwajcarskie Alpy w Biel/Bienne. – Wtedy byłem już w solidnej formie. Szybko łapałem swój rytm. I mogłem tak biec niemal bez ustanku. Czas 9 godzin i 47 minut był chyba wtedy nieoficjalnym rekordem Zielonej Góry w górskich ultra – twierdzi.
Arizona Dream
Pochylona sylwetka, posuwisty krok, a obok brązowa suka rasy doberman – tak Zdzisław Salmanowicz i Arizona przez lata codziennie przemierzali malownicze ścieżki Wzgórz Piastowskich.
– Ari wiedziała, kiedy wybieram się na trening. Nie wypuściłaby mnie samego. Uwielbiała nasze przebieżki. Aż któregoś dnia padła bez ruchu zaledwie kilkaset metrów od parkingu przy amfiteatrze. Pognałem po pomoc.
Gdy kilkadziesiąt minut później wrócił tam z córką, Ari stała o własnych siłach. Mętny wzrok, chwiejny krok, ale żyła! Odwieźli ją do domu.
– Myślałem, że najgorsze minęło. A byłem wtedy tak pazerny na trenowanie, że wróciłem na Wzgórza, by dokończyć przerwany bieg. I tego do dziś nie mogę sobie wybaczyć. Bo kiedy z powrotem wszedłem do mieszkania, Arizona już nie żyła. Niby jestem twardzielem, ale ryczałem i chciałem tulić się do jej sierści.
Ważny dzień, w którym dzielnicowy Rzepka „wyszedł z nerw”
Dorastał w Nowej Soli, gdzie po wojnie osiedlili się jego rodzice, repatrianci ze Wschodu. Mama bardzo dużo pracowała.
– Mnie wychowywała ulica. A w latach 60. nowosolskie ulice nie były bezpieczne. Sam się do tego przykładałem. Bójki z rówieśnikami – tak wyglądała moja codzienność. Niby nigdy nie zaczynałem pierwszy, ale wystarczyło, że ktoś krzywo spojrzał, a już prowokowałem, żebyśmy rozstrzygnęli to na pięści – przyznaje.
Udział w bijatykach często kończył się na posterunku MO. Salmanowicz czuł się tam niemal bezkarny, bo jego mama gotowała posiłki dla milicyjnej stołówki. Funkcjonariusze go znali i zwykle szybko puszczali do domu. Aż któregoś dnia miarka się przebrała.
– Dzielnicowy Władek Rzepka mówił w zasadzie to samo co zwykle: „Ty gnoju, ty gówniarzu, jeszcze raz cię złapię, a kur…, nic ci nie pomoże! Nawet nie próbuj, żeby cię mama ratowała. Zamknę cię, po prostu cię zamknę!”. Tym razem jednak darł się na mnie takim tonem, że naprawdę się wystraszyłem, choć wydawało mi się, że wtedy nie bałem się nikogo ani niczego.
Atak furii dzielnicowego sprawił, że nastolatek przestał uczestniczyć w ulicznych rozróbach. Pomógł przypadek. Z kolegą wybrali się na mecz bokserski. Len Nowa Sól walczył ze Stalą Gorzów. Miejscowi w dwóch wagach oddali punkty walkowerem, bo nie mieli zawodników. To było jak sygnał z góry.
Kilka dni później obaj zgłosili się do na treningi sekcji. Zaliczyli chrzest bojowy. I chociaż już po pierwszym sparingu sponiewierany i ośmieszony przez doświadczonego pięściarza Salmanowicz chciał rzucać sport, wrodzona zawziętość na to nie pozwoliła. – Odejdę, ale dopiero wtedy, gdy pokonam tego, który mnie tak zlał – postanowił.
Stosunkiem głosów 2:1 zwycięża…
Do rewanżu ostatecznie nie doszło, mimo że między linami ringu stoczył w sumie grubo ponad sto walk. Najpierw jako zawodnik Lnu, później reprezentant wojskowej drużyny z Brzegu, a po odbyciu służby w barwach milicyjnej Gwardii Zielona Góra, dla której zdobył ostatni medal mistrzostw Polski seniorów.
W Brzegu najbardziej zapamiętał krwawy pojedynek ze Zbigniewem Zakrzewskim, mistrzem kraju i wicemistrzem Europy federacji Gwardii. Dwa razy leżał na deskach. Z nosa broczyła krew, ale jak zwykle nieustępliwie parł na rywala. W hali zrobiła się taka wrzawa, że dowódca jednostki pierwszy raz wszedł na mecz, aby sprawdzić, co się dzieje. Spiker cedził werdykt: – S-t-o-s-u-n-k-i-e-m g-ł-o-s-ó-w 2:1 z-w-y-c-i-ę-ż-a Zdzisław Salmanowicz!
– Widownia dosłownie zwariowała ze szczęścia. Nie dali mi dojść do szatni, bo każdy chciał mnie uściskać, a wieczorem każdy chciał, żebym wzniósł z nim toast – sceny swojej chwały widzi, jakby rozegrały się wczoraj.
Po wojsku mógł przebierać w ofertach ligowych klubów. Prosił o zgodę na transfer na Dolny Śląsk, ale Okręgowy Związek Bokserski uznał, że może rozwijać karierę w woj. zielonogórskim. I tak stał się znanym z nieustępliwości, żelaznej kondycji i twardych pięści asem Gwardii Zielona Góra. Tu się ożenił, zamieszkał. Boksował jeszcze przez kilka lat.
Zmieniła to jedna z walk, w której przeciwnik wyraźnie bał się Salmanowicza. Schowany za podwójną gardą, przytrzymywał, robił uniki, a momentami wręcz uciekał. Zbyt pewny siebie Zielonogórzanin nacierał z już opuszczonymi rękami. Nadział się wtedy na potężną kontrę. Przytomność odzyskał dopiero w szatni.
– Od tamtej pory w ringu już nigdy nie byłem sobą. Ludzie znali mnie i cenili jako walczaka. Gdyby mieli poznać jako cykora, zacząć gwizdać i wyszydzać, umarłbym ze wstydu.
Komu zawdzięczamy Półmaraton Przytok?
Po zejściu z ringu przez blisko 20 lat raczej nie zanosiło się, że jeszcze kiedykolwiek obudzi się w nim sportowa pasja. – Prowadziłem hulaszczy tryb życia – wspomina. Gdy jednak na kilka lat przed 50. urodzinami połknął bakcyla, biegał niemal bez opamiętania, zbliżając się do tysiąca kilometrów miesięcznie. 20-30-kilometrowe trasy wyrabiał niczym dzienna normę, pracując przy tym jako dekarz.
Na dobry początek sezonu zwykle startował w Maratonie Dębno. Przygotowywał się na bazie rozpisek, którymi wymieniali się amatorzy. W jednej z nich stał zapis, że na trzy tygodnie przed królewskim dystansem, należy zaliczyć kontrolny półmaraton. Kłopot w tym, że w okolicy nikt nie organizował takiej imprezy.
– Ktoś mi podpowiedział, żebym udał się z tym do wydziału sportu w Urzędzie Miasta. Poszedłem. Spotkałem tam Wacka Hansza. Znaliśmy się, bo razem dorastaliśmy w Nowej Soli – opowiada.
Hansz dobrze zapamiętał te odwiedziny. – On mnie wprost zmusił do zorganizowania nowego półmaratonu. Uderzał pięścią w stół i mówił, że nie wyjdzie, dopóki mu tego nie zagwarantuję – wspominał na łamach „Gazety Wyborczej”.
„Wymuszony” Półmaraton Przytok przetrwał do dziś. 11 kwietnia odbędzie się po raz 24. Tym razem jednak bez udziału 76-letniego emeryta Zdzisława Salmanowicza, który dopiero wraca do treningów po kilkumiesięcznej przerwie spowodowanej chorobą.
– Na nowo przyzwyczajam organizm do wysiłku. Wiem jednak, że wieku już nie oszukam. Nie będę kopał się z koniem. Mniej, wolniej, ale jeszcze powalczę. Jeszcze nie żegnam się z bieganiem – zapewnia.
Andrzej Tomasik

Andrzej Tomasik / – Najcenniejsze, co dało mi bieganie, to radość życia. Słucham dziś i czytam o tym, że młodzi ludzie mają depresję. Nawet sobie tego nie wyobrażam – mówi zielonogórski maratończyk Zdzisław Salmanowicz

Archiwum Zdzisława Salmanowicza / Zanim pasją Zdzisława Salmanowicza stały się maratony biegowe, brylował w ringu, walcząc w wagach lekkośredniej i średniej











