
Fot. Władysław Czulak / Zielonogórzanie kibicują Zastalowi żywiołowo, oddają własne serce!

Fot. Władysław Czulak / Kibice od kilku tygodni regularnie „pukają” pod komplet w hali CRS
4970 – tylu kibiców oglądało niedzielne spotkanie Orlenu Zastalu Zielona Góra z Tauronem GTK Gliwice. Kolejny raz w hali CRS padł rekord frekwencji. Przy takich kibicach przegrywać nie wypada. Gospodarze odnieśli 10. zwycięstwo w sezonie, wygrywając 98:81.
– To nierealne. Kibice i cała atmosfera… po prostu marzenie grać przy takiej publiczności – mówił po spotkaniu wyraźnie onieśmielony Miłosz Majewski. 19-latek w debiucie w Zastalu dostał od trenera 45 sekund na koniec spotkania, wykorzystał je, puentując wynik meczu dwupunktową akcją. Później rozdał prawdopodobnie więcej autografów niż przez całe dotychczasowe życie. Kibice stojący wzdłuż linii bocznej po spotkaniu to tradycyjny obrazek.
– Co mecz musimy wydłużać pracę ochrony o co najmniej pół godziny, żeby zawodnicy te wszystkie autografy dali. Coś niesamowitego – mówi Katarzyna Marciniak, prezeska klubu. A Pamięta przecież początki nowożytnej ery koszykówki w hali CRS, mistrzowskie tytuły, ale i sezony, gdy więcej było miejsc pustych niż zajętych. Atmosferę ostatnich tygodni określa mianem: „szaleństwa”. I to w sezonie, w którym mecze można oglądać na ekranie. Jak nie w telewizji, to w serwisie Youtube.
Najlepiej w historii
Portal super-basket.pl podał, że żaden klub w historii koszykarskiej ligi nie kończył sezonu ze średnią ponad 4 tys. kibiców. na mecz. Frekwencyjny lider w Zielonej Górze zdaje się być niezagrożony, co więcej – jak podaje koszykarski portal – po raz pierwszy od 10 sezonów palmę pierwszeństwa zgarnie ktoś inny niż Anwil Włocławek czy Śląsk Wrocław.
W Zielonej Górze rywal, dzień i godzina meczu nie mają właściwie znaczenia, bo starcia z gliwiczanami czy beniaminkiem z Krosna trudno nazwać ligowymi klasykami, choć te odbyły się w weekend. Z drugiej strony starcie z Anwilem było rozgrywane w poniedziałek, niemal tuż przed świętami. Za każdym razem frekwencja przekroczyła 4 tys. 600 osób.
– Ludzie w Zielonej Górze kochają koszykówkę. Minusem były niesnaski polityczno-sportowe. To było słabe i zniechęciło ludzi do przychodzenia do hali. Tu nikt nie oczekuje nie wiadomo jakiego wyniku. Ludzie dają atmosferę, którą lubi zespół. Widać, że drużyna też tym żyje. Zapraszam już na kolejny mecz – pęka z dumy Zbigniew Kędzierzyński, szef Klubu Kibica Zastal. To jego słychać najbardziej, kiedy zachęca do dopingu. Lubi też „pogadać” z sędziami i skomentować dosadnie „gwizdki”, które nie są na korzyść biało-zielonych.
Do tego od kilku tygodni, tuż przed meczem, przez pierwsze piętro trybun przejeżdża pociąg „Zastal Express” prowadzony przez maszynistę Przemka Tkacza, zagorzałego fana, o którym pisaliśmy kilka miesięcy temu przy okazji meczów reprezentacji.
– Pamiętam finały z 2017 roku z Toruniem, gdy byłem po drugiej stronie barykady i jak widzę dzisiejsze tłumy, przypominają mi się tamte mecze. Kibice chcą nas oglądać, a my chcemy im serwować fajny basket – mówi Krzysztof Sulima, jeden z najbardziej doświadczonych koszykarzy w drużynie. Przyznaje, że na początku sezonu taka frekwencja wręcz pętała nogi młodszym graczom, teraz jest dodatkowym akumulatorem, z którego wsparcia korzystają w trudnych chwilach.
Każdy mecz świętem
– Ciężko racjonalnie wytłumaczyć zjawisko, ale spróbujmy. Przede wszystkim poprawił się klimat dla koszykówki w mieście – wróciła miejska dotacja, klub przejęli nowi właściciele, którzy wyprowadzili go na prostą. Narracja w mediach uległa dużej zmianie. Zamiast o długach, mówi się o koszykówce – uważa Kosma Zatorski, komentator emocje.tv, współtwórca kanału „Basket w Liczbach” na Youtube. Sam uważa, że mniej znaczy lepiej. Granie tylko w polskiej lidze sprawia, że każdy mecz urasta do rangi święta.
Do końca sezonu zasadniczego zostało sześć domowych spotkań. Najbliższe z Kingiem Szczecin 5 marca. Po takim miesięcznym oczekiwaniu o frekwencję można być spokojnym, a dobry wynik w lutowym turnieju o Puchar Polski może sprawić, że wyprzedane zostaną wszystkie miejsca w hali.
Marcin Krzywicki











