
Fot. Archiwum prywatne / Kinshuberowie podczas pierwszego, „założycielskiego” meczu w Ostrowie Wlkp. Siedzą od lewej: Maksymilian, Patryk i Ksawery.
Orlen Zastal Zielona Góra we wtorkowy wieczór rozpoczął półfinałową rywalizację w Gdyni od wysokiego zwycięstwa z AMW Arką 90:64! Podopieczni Arkadiusza Miłoszewskiego zagrali wybornie i w świetnych nastrojach mogą wyczekiwać czwartku, kiedy to odbędzie się drugi mecz nad morzem (20.15).
Następnie rywalizacja przeniesie się do Zielonej Góry. Trzecie spotkanie w niedzielę, 31.05 o 17.00, w hali CRS. Na wszystkich meczach, zarówno wyjazdowych, jak i domowych będą Patryk, Maksymilian i Ksawery Kinshuberowie.
Gdy przed tygodniem zespół Arkadiusza Miłoszewskiego po raz trzeci pokonywał Kinga Szczecin, wygrywając całą ćwierćfinałową rywalizację 3-1, hala CRS oszalała ze szczęścia. Mecz, mimo później pory, w środku tygodnia, zgromadził 4882 widzów na trybunach, co i tak nie było rekordem frekwencji w tym sezonie na meczach w Zielonej Górze. Kibice w różnym wieku jeszcze dobre kilkadziesiąt minut po spotkaniu bawili się wspólnie z zawodnikami. Ci drudzy niemal w każdym pomeczowym wywiadzie podkreślali wsparcie, jakie płynęło z trybun.
Pożegnać Hodge’a
Wśród fetujących sukces byli: Patryk, Maksymilian i Ksawery Kinshuberowie, czyli ojciec i dwaj synowie. To świeże, ale silne uczucie. Patryk ze starszym synem nie opuścili w tym sezonie żadnego meczu Zastalu. 11-letni Ksawery nie dotarł tylko do Lublina, Sopotu i na starcie z Dzikami w Warszawie. Do Gdyni też pojechał, ale do końca żył „w niepewności”. We wtorek tata odebrał go po lekcjach i prosto ze szkoły ruszyli nad morze.
„Mecz założycielski” dla rodziny Kinshuberów odbył się w ubiegłym roku w Ostrowie. – Maks poprosił, żebyśmy pojechali pożegnać Waltera Hodge’a w starciu ze Stalą – wspomina Patryk. Portorykańczyk w tamtym meczu Zastalu nie zbawił, Zielonogórzanie przegrali, ale rodzina wróciła zainfekowana koszykówką. Potem poszło już szybko.
Karnety, szaliki, koszulki i jazda za Zastalem po całej Polsce. Ksawery najbardziej dumny jest z tego, że w kwietniu pojechał na najdalszą wyprawę w tym sezonie do Krosna. Po środowym meczu z Kingiem to u niego było widać największą euforię. – Po prostu niemożliwe, że oni to osiągnęli, a dwa lata temu tego klubu już prawie nie było – podkreśla najmłodszy w rodzinie. Starszy brat jest wolontariuszem, oprócz kibicowania jeszcze mocniej angażuje się w życie klubu, m.in. tworząc treści z zawodnikami do mediów społecznościowych.
Kibicowski prymat
Organizacyjno-sportowy renesans basketu w mieście nie smakowałby tak, gdyby nie gremialny powrót do hali CRS kibiców. Choć nie wiadomo, na jakim miejscu ostatecznie zakończą rozgrywki koszykarze, kibice już dawno odstawili konkurencję. W styczniu pisaliśmy o tym, że portal super-basket.pl frekwencję w Zielonej Górze określił mianem koszykarskiej gorączki, już wtedy wieszcząc klubowi kibicowski rekord w historii Polskiej Ligi Koszykówki. Po ćwierćfinałach z Kingiem, obu rozegranych w dni robocze o 20.15, średnia frekwencja na meczach w Zielonej Górze jeszcze wzrosła, do 4145 fanów!
I choć kilka razy pukano pod komplet, to „sold out” jeszcze w Zielonej Górze nie odtrąbiono. Wszystko wskazuje na to, że wszystkie wejściówki rozejdą się niedzielne starcie z Arką w hali CRS.
– Mecze domowe są świetne, ale ja polecam wyjazdy. Tam dopiero są niesamowite wrażenia, zwłaszcza jeżeli Zastal wygrywa. Wspaniale się wraca wtedy do domu czy to autem, czy zostaje na noc – dodaje głowa rodziny. Pytany o to, ile zostało mu urlopu, sprytnie omija temat mówiąc, że w pewnym sensie jest sam sobie szefem, ale na środę wolnego nie załatwił i nad morze będzie jechał dwa razy.
Trzecie marzenie
Pojechałby i dziesięć razy, gdyby od tego miały zależeć zwycięstwa Zastalu. Dwa marzenia już się spełniły. Zostało ostatnie. – Chciałem najpierw, żeby nasz klub wystąpił w Pucharze Polski, gdy tak się stało, zamarzyłem sobie play-offy. Trzecim marzeniem jest to, żeby Zastal zagrał w finale – dodaje 43-latek i w serii typuje 3-1 dla Zastalu.
Po pierwszym meczu to scenariusz jak najbardziej realny. Wtorkowy wieczór znów miał kilku bohaterów. Najpierw świetnie w pierwszej połowie spisywał się Chavaughn Lewis, który do przerwy miał na koncie 13 punktów. W drugiej połowie zespół pociągnął Conley Garrison. Gdy Arka schodziła poniżej dwudziestu „oczek”, Amerykanin brał piłkę i po prostu rzucał za 3 pkt, w sumie trafiając pięciokrotnie zza łuku i kończąc mecz z dorobkiem 21 punktów i 5 asyst. Double-double ponownie zapisał na swoim koncie w Gdyni Jakub Szumert, który zanotował 20 punktów i 11 zbiórek.
Marcin Krzywicki

