– Czasami przychodzi do mnie mężczyzna i mówi, że on tego nie zrobi, bo nie widzi. Odpowiadam, ja też nie widzę, a potrafię! Nie dam sobie wmówić, że czegoś się nie da, jak dobrze wiem, że się da! – mówi Dariusz Wojciechowski, prezes Polskiego Związku Niewidomych w Zielonej Górze.
Rafał Krzymiński: – Nic pan nie widzi?
Dariusz Wojciechowski: – Jestem niewidomy, choć mam resztkę widzenia. Nie rozpoznaję obiektów, dostrzegam jedynie kontury postaci i to za olbrzymią mgłą.
– Urodził się pan nie widząc?
– Mam 47 lat, nie widzę od siedmiu. Nagle straciłem wzrok w jednym oku, a po trzech miesiącach w drugim.
– Jak to się stało?
– Dobrze to pamiętam. Akurat na czterdziestkę dostałem od rodziców wygrawerowany zegarek. Prowadziłem auto na autostradzie i mnie dopadło. Mój własny układ odpornościowy zaatakował naczynia krwionośne w oczach. Bo odezwała się choroba autoimmunologiczna. Wcześniej nie miałem problemów z oczami. Po tym wypadku wzrok można było uratować, ale lekarz postawił złą diagnozę. Blisko rok spędziłem w szpitalach. Byłem bezradny. Życie wywróciło się do góry nogami, straciłem firmę. Z wykształcenia jestem filozofem, ale prowadziłem działalność gospodarczą, sprzedawałem srebrną i złotą biżuterię. Rozpadło się moje małżeństwo i z małego miasteczka pod Toruniem, w 2020 r. wróciłem do rodzinnego domu do Nietkowa koło Zielonej Góry.
– Jak się pan z tego otrząsnął?
– Jestem niereprezentatywny dla środowiska osób z niepełnosprawnościami, bo moja psychika zareagowała zadziwiająco. Nie podejrzewałem się o taką siłę. Zaakceptowałem trudną rzeczywistość. Stres emocjonalny odczuwałem tylko w szpitalu, gdzie nabrałem pewności, że leczenie się nie uda, co potwierdzili lekarze. I musiałem odpowiedzieć sobie na pytanie, czy bez oczu jestem pełnowartościowym facetem, przecież przestałem być oparciem dla rodziny. Wiedziałem jednak, że dopiero jak się załamię, będę ciężarem dla córki i rodziców.
– Jak jest dziś?
– Dla 13-letniej Darii pełnię raczej rolę dobrego wujka, niż taty. Moje życie odbudowało się, jestem nawet szczęśliwszy niż kiedyś, ale 300 kilometrów, które dzieli mnie od własnego dziecka bardzo boli. Nic nie mogę z tym zrobić.
– Rodzice pomogli?
– Bardzo. Zwłaszcza, że przeszedłem kilkanaście operacji, większość na oczy. Nie mogłem się schylać, dźwigać. W Nietkowie zastanawiałem się, jak wymyślić siebie na nowo. Nie miałem pracy, znajomych. W końcu nie było mnie tu 25 lat. Rodzice byli nadopiekuńczy, ale zrozumieli, że chcę sam stanąć na nogach. I żeby czymś zająć umysł, majsterkowałem, z zawzięciem składałem meble, wędkowałem, wiązałem haczyki. Tata woził mnie nad Odrę rano, odbierał wieczorem.
Teraz jestem samodzielny. Rodzice już się nie dziwią, że używam wiertarki, piły mechanicznej i rąbię drewno. I uczę tego innych niewidzących podczas warsztatów majsterkowania.
– Mówi pan, jakby nie oczekiwał pomocy. A to przecież naturalne.
– Doceniam naturalną chęć niesienia pomocy. Wolałbym jednak, żebyśmy złamali stereotyp, że osoba z niepełnosprawnością nie jest samodzielna. Oczywiście, pomocy wymagają choćby osoby całkowicie sparaliżowane i z głęboką niepełnosprawnością intelektualną. Ale jeżeli ktoś ma sprawne ręce, nie wyręczajmy go! Znam osoby 40-letnie, które nie potrafią sobie herbaty zrobić, choć są sprawne fizycznie. Moja postawa spotyka się czasem z niechęcią środowiska osób z niepełnosprawnościami. Bywa, że przychodzi do mnie mężczyzna i mówi, że on tego nie zrobi, bo nie widzi. Odpowiadam, ja też nie widzę, a potrafię! Nie dam sobie wmówić, że czegoś się nie da, jak dobrze wiem, że się da! Przez naszą nadopiekuńczość względem niektórych grup osób niepełnosprawnych, wyrabiamy w nich postawę roszczeniową, w myśl zasady, wszystko mi się należy i nic nie muszę, bo jestem niepełnosprawny. Osoba z niepełnosprawnością dzięki jednej fundacji pojedzie na wycieczkę, a dzięki drugiej na ognisko. Wiele organizacji pozarządowych kieruje się dobrymi intencjami, ale niestety utrwalają pewnego rodzaju bezradność. Używamy pięknych haseł – aktywizacja społeczna i zawodowa…
– Co złego jest w integracji osób niepełnosprawnych z resztą społeczeństwa?
– Czy aktywność społeczna „biednych” niepełnosprawnych polega na uczestnictwie w wycieczce, czy spotkaniu integracyjnym? Czy zdrowy człowiek, chcąc zrobić grilla, szuka fundacji, która zrobi to za niego? Raczej skrzykuje się z kolegami, robi składkę na węgiel i kiełbasę. Oczywiście, na pewnym etapie aktywizacji społecznej jest to konieczne. Uczmy jednak samodzielności i brania odpowiedzialności za własne życie. Niewidomi też to potrafią, są dorośli! Wielu społeczników zatroskanych o nasz los, organizuje przedszkola dla dorosłych. I nie ma się, co dziwić, że gdy niewidomy idzie do urzędu z asystentem, to urzędnik nie mówi do niego, a do opiekuna. Zwraca się do niego jak do dziecka np. wydając pieniążki. Według mnie, organizacja pozarządowa ponosi dużą porażkę, gdy ktoś jest jej beneficjentem 10 lat. Z przykrością obserwuję niepełnosprawnych, jak na początku świetnie sobie radzą, ale gdy opieka zaczyna działać, stają się bardzo pasywni.
– A jak to działa w Polskim Związku Niewidomych?
– W większości działają u nas seniorzy, niepełnosprawni od dziecka. To ludzie aktywni społecznie przez całe życie. Mają rodziny, własne mieszkania. Urodzili się w PRL, gdzie działała np. szczotkarnia, gdzie pracowali niewidomi. Oni są bardzo samodzielni i aktywni.
W Zielonej Górze osoba niewidoma nie znajdzie pracy. Znam dziewczynę z niepełnosprawnością neurologiczną, piękną i wykształconą. Nikt nie chce dać jej szansy, bo inaczej mówi.
– Ale pan znalazł zajęcie?
– Pięć lat szukałem pracy, a jestem samodzielny, tylko samochodu nie prowadzę. I dlatego założyłem Fundację „Oczywiste”. Renta nie wystarcza mi na utrzymanie. Chciałem być aktywny społecznie i zawodowo, dlatego musiałem pozyskać sprzęt za około 90 tys. zł, m.in. powiększalnik. Do tego dochodzą szkolenia, wyjazdy i koszty leczenia.
– Codzienność mocno daje się we znaki?
– Nierzadko. Niepełnosprawni mają problemy z wykluczeniem komunikacyjnym. Z Nietkowa w sobotę wieczorem nie dostanę się autobusem do Zielonej Góry. Brakuje też dobrej informacji. Prowadzę kanał na Tik Toku, opowiadam o swojej niepełnosprawności. Pewna pani dopiero ode mnie się dowiedziała, że jej niewidoma od 14 lat córka może się ubiegać o wsparcie na zakup sprzętu.
– Co pan jeszcze robi?
– Prowadzę warsztaty w szkołach, więzieniu. Odwiedzam niewidomych w ich w domach, uczę ich obsługi telefonu, obycia z białą laską. To ważne, bo w mieście sporo osób siedzi w domu. Chciałbym kompleksowo zająć się grupą niepełnosprawnych. Z psychoterapią grupową. Wierzę, że umiem zbudować w nich poczucie własnej wartości. Projekt zakończymy sesją zdjęciową i wystawą.
– Jak firmy mogą skorzystać z zatrudnienia osoby niewidomej?
– Za zatrudnienie osoby niewidomej ze znacznym stopniem niepełnosprawności pracodawca dostaje miesięcznie 4200 zł dotacji. Wiele z nich ma mnóstwo talentów, w tym manualnych. Swego czasu Polski Związek Niewidomych przygotował niefortunną reklamę, w której niewidomy w pracy stoi przy niszczarce. Proste zajęcie, wiadomo. A dlaczego w kampanii społecznej nie pokazano niewidomego dyrektora? Przecież może nim być, tak jak świetnym analitykiem. Niepełnosprawny nie musi być tylko portierem. Przełamujmy stereotypy. Chciałbym zrobić z fundacji przedsiębiorstwo społeczne, które zatrudni osoby z niepełnosprawnością. Po to studiuję na kierunku menadżer ds. dostępności. Ktoś taki m.in. ocenia przyjazność serwisów internetowych lub obiektów dla osób ze specjalnymi potrzebami i z niepełnosprawnościami.
– Tryska pan energią. Skąd te siły?
– Bardziej mi się chce żyć po utracie wzroku niż wcześniej. Nie dostrzegam na co dzień swojej niepełnosprawności, chyb że zderzę się z lampą.

Fot. Władysław Czulak / Dla Dariusza Wojciechowskiego nie ma rzeczy niemożliwych, nie załamała go utrata wzroku!











