Zapomnij, że sport najwygodniej ogląda się w telewizji. Chociaż na jeden dzień porzuć rolę kibica w kapciach. Z bliska zobacz duże kolarskie wydarzenie. Poczuj pęd zbliżającego się do finiszu peletonu. – Taka okazja nie trafia się często. Od ostatniego razu, gdy gościliśmy w naszym mieście zawodowców ścigających się na trasie Tour de Pologne, minęły 24 lata – mówi Marcin Pabierowski, prezydent Zielonej Góry.

Fot. Szymon Gruchalski / Czesław Lang na trasie Tour de Pologne

„Rower dawał wolność. Można było pojechać do sąsiedniej wsi, nad jezioro. Podbierałem damkę mojej mamy i uczyłem się jeździć. Wprowadzałem rower na górkę, kładłem poduszkę na ramę i zjeżdżałem, hamując nogami”. 

Kilkuletni Czesław Lang w kaszubskiej wsi Kołczygłowy nie mógł wiedzieć, że w tak nieporadny sposób zaczyna się wielka przygoda, która przyniesie mu sławę i pieniądze, a z kolarstwem zwiąże na stałe.

Przywrócił blask

Na damce swojej mamy, odkręciwszy bagażnik i błotniki, Lang zadebiutował w amatorskim wyścigu. Zajął drugie miejsce. Dzięki temu dostał się do klubu sportowego Baszta Bytów. Najpierw pedałował na starej posklecanej z różnych modeli kolarzówce. Po kilku miesiącach startów i treningów dostał wymarzonego Jaguara. „Spałem całą noc przytulony do tego roweru. A następnego dnia wygrałem na nim kolejny etap” – wspominał.

Karierę zrobił błyskotliwą. Medale amatorskich mistrzostw świata, igrzysk olimpijskich, żelazna kondycja i… Niestety, także żelazna kurtyna, która przez wiele lat zamykała drogę sportowcom z bloku wschodniego do świata zawodowego sportu. 

Lang złamał i tę barierę. W 1982 r. podpisał kontrakt z włoską grupą GIS Gelati-Campagnolo. Opowiadał później, że było to dla niego niczym lot na księżyc. Przetarł szlak, którym później pojechali inni wybitni kolarze z Demoludów. 

Na szosie i torze ścigał się w sumie przez 20 lat. Zwyciężał także w gronie zawodowców, choć z reguły w grupach, które go zatrudniały, pełnił rolę pomocnika liderów. Twierdzi, że jako zawodnik przejechał na rowerze 540 tysięcy kilometrów, wygrywając 30 wyścigów. 

Mocniej zdumiewa jednak to, czego dokonał, gdy przestał być zawodnikiem. Już jako przedsiębiorca w 1993 roku odkupił prawa do organizacji podupadającego Wyścigu Dookoła Polski. Niemal od początku zapowiadał, że wraz ze współpracownikami z powołanej w tym celu spółki Lang Team wprowadzą imprezę na kolarskie salony.

Próg dla największych gwiazd

Tradycje, terminarz, majestatyczne góry oraz przepotężne budżety cementują układ na szczycie hierarchii wieloetapowych wyścigów pod szyldem Międzynarodowej Unii Kolarskiej (UCI). Status Grand Tourów pozostaje zarezerwowany tylko dla trójki gigantów: Giro d’Italia, Tour de France i Vuelta a Espana.

Tym niemniej Lang dopiął swego. Szukając luki w kalendarzu wieloetapowych zmagań dla zawodowców, zmienił termin imprezy pod nową międzynarodową nazwą Tour de Pologne z jesieni na lato i dotarł aż do UCI World Touru, czyli tego samego poziomu, gdzie plasują się m.in. Paryż-Nicea, Tirreno-Adriatico czy Tour de Suisse. Wyżej są już tylko trzy wymienione monumenty.

Rywalizacja w TdP toczy się zatem na wysokim poziomie. Zawodowe grupy chętnie posyłają na wyścig do Polski kolarzy predysponowanych, aby później sięgać po triumfy w kultowych klasykach czy też wygrywać etapy i klasyfikacje Vuelty, Giro i najbardziej prestiżowego z Tourów. 

Że nie ma w tym cienia przesady, wystarczy wymienić cztery emblematyczne postacie: Alberto Contador, Peter Sagan, Jonas Vingegaard, Primož Roglič. Wielki Hiszpan, zanim stał się legendą kolarstwa i jednym z zaledwie kilku triumfatorów wszystkich trzech Grand Tourów, po pierwsze zwycięstwo w stawce zawodowców sięgnął w 2003 roku na trasie czasówki w ramach TdP z Jeleniej Góry do Karpacza. 

Z kolei Słowak Sagan, maestro finiszowych rozgrywek i trzykrotny mistrz świata pojawił się w gronie uczestników TdP w 2011 roku. Miał wtedy 21 lat. Wygrał u nas dwa etapy i klasyfikację generalną wyścigu. Duńczyk Vingegaard, późniejszy dwukrotny triumfator wyścigu dookoła Francji, także swój pierwszy w karierze etap w cyklu UCI WorldTour wygrał w Polsce, w 2019 roku na trasie z Jaworzna do Kościeliska. Rok później w TdP rozbłysła gwiazda Belga Evenepoela, gdy po niesamowitym, ponad 50-kilometrowym samotnym rajdzie wygrał etap w Bukowinie Tatrzańskiej. W 2016 roku w TdP debiutował Słoweniec Roglič, będąc wówczas na początku swojej niezwykłej transformacji ze skoczka narciarskiego w kolarza światowego formatu, czterokrotnego zwycięzcy Vuelty.

Miasteczko z atrakcjami

Istnieje spore prawdopodobieństwo, że wśród 154 kolarzy, którzy w środę, 5 sierpnia powinni dotrzeć na metę trzeciego etapu 83. edycji Tour de Pologne w Zielonej Górze znajdziemy przyszłych mistrzów Grand Tourów. M.in. dlatego polski wyścig przykuwa uwagę kibiców kolarstwa na Starym Kontynencie. Na antenach Eurosportu oraz poprzez platformę streamingową HBO Max transmisja z finiszu na ulicach naszego miasta dotrze do 65 państw. 

Bezpośrednio zyskają zielonogórscy hotelarze, a mieszkańcy miasta z bliska zobaczą największą kolarską imprezę w Polsce i jedną z ważniejszych w Europie. Ogrom wydarzenia odda kilka liczb. Jednego dnia do naszego miasta wjedzie 1000 osób, 22 autobusy i 400 aut osobowych. Do tej wyliczanki trzeba jeszcze dodać kibiców, którzy podążają za karawaną Tour de Pologne. Co więcej, planowany na godz. 16:30 finisz zawodowców poprzedzi kryterium w ramach imprezy towarzyszącej dla 300 adeptów kolarstwa. 

Kilka godzin przed finiszem organizatorzy wyścigu ze wsparciem władz miasta otworzą dla mieszkańców strefę kibica z mnóstwem konkursów, występów artystycznych i innych atrakcji w okolicach mety przy Placu Bohaterów.

– Zachęcam serdecznie do kibicowania. To duże wydarzenie promocyjne i gospodarcze dla naszego miasta. Wspólnie cieszmy się kolarskim świętem – zaprosił Marcin Pabierowski, prezydent Zielonej Góry.

Andrzej Tomasik

Fot. Szymon Gruchalski / 82. Tour de Pologne

Fot. Szymon Gruchalski / 82. Tour de Pologne

Trzeci etap 83. Tour de Pologne powiedzie z Gorzowa do Zielonej Góry

Fot. Bartosz Mirosławski / Prezydent Marcin Pabierowski zaprasza Zielonogórzan na kolarskie święto. Jeśli spojrzeć wstecz, zdarza się ono u nas raz na 24 lata. Chyba nie warto przegapić