Ostatnio wróciłam sama znad morza rowerem. Pomyślałam sobie, że jeszcze dużo mogę – profesor Grażyna Miłkowska opowiada o życiu na emeryturze.
Podobno przez lata miała pani na uczelni ulubione miejsce, do którego przypinała pani rower. Studenci po tym poznawali, czy profesor Miłkowska jest w pracy.
– Rzeczywiście tak było. Kocham jazdę na rowerze, staram się jeździć, kiedy tylko mogę. Przeszkadza mi tylko deszcz, który zalewa okulary i utrudnia jazdę.
Ile wykręca pani kilometrów dziennie?
– Różnie. Czasami są to wyprawy za miasto, czasami załatwiam różne sprawy na terenie Zielonej Góry. Na szczęście mamy w mieście coraz więcej ścieżek rowerowych, dzięki czemu jazda staje się bardziej przyjemna i bezpieczna. Poza tym rowerem jestem w stanie dojechać wszędzie, nie muszę poszukiwać miejsca postojowego ani płacić za parking. Nie jeżdżę wyczynowo, nie ścigam się z nikim.
Poleca pani jakieś trasy?
– Na pewno Blue Velo, która biegnie wzdłuż Odry po polskiej stronie. Jest jeszcze w budowie. Przejechałam nią ze Świnoujścia do Kostrzyna, łącznie 380 km w ciągu pięciu dni. Gorąco polecam też szlak wokół Zalewu Szczecińskiego. Wspaniała rzecz dla miłośników przyrody. Zieleń, ptaki, woda i …. cisza. Jeśli ktoś szuka samotności albo resetu, to jest to. Marzą mi się oczywiście dalsze trasy, np. Green Velo. Staram się jednak nie wyruszać zbyt daleko od domu, bo nie mam 20 lat i wiem, że muszę godzić rozsądek z pasją. Nie chcę przysparzać problemu rodzinie… Ale obiecuję sobie, że w przyszłym roku przejadę Kaszubską Marszrutą i na pewno ponownie zaliczę trasę R10 wzdłuż Bałtyku.
Z kim pani jeździ?
– W poprzednich latach z synem, trochę z koleżanką. W tym roku najczęściej sama, co ma swoje plusy. Nikt mnie nie pogania, nikt nie opóźnia. Mogę zatrzymać się na dłużej w miejscach, które mnie zachwycą, kontemplować cieszę, wsłuchiwać się w śpiew ptaków, podziwiać krajobrazy. To są takie momenty, w których wydaje mi się, że dotykam tego, co nazywa się szczęściem. Kto tego nie doświadczył, może nie zrozumieć.
Na jakim rowerze?
– Skończyłam 70 lat, muszę dbać o kondycję, ale z rozsądkiem. Dlatego cztery lata temu zamieniłam zwykły rower na elektryka. Wtedy kosztował, jak na moją kieszeń, bardzo dużo. Dziś już za 5 tysięcy można kupić naprawdę dobry sprzęt z akumulatorowym wspomaganiem.
Podróże były częścią planu na życie na emeryturze?
– Mówiąc szczerze, niczego nie planowałam. W ogóle emeryturą długo się nie przejmowałam, nawet nie miałam czasu o niej myśleć. Pracowałam na uniwersytecie do 67. roku życia, a nie do ustawowych 60 lat. I nie wydaje mi się, że przeszłam na emeryturę za późno.
Dlaczego pani odeszła z uczelni?
– Byłam już trochę zmęczona, choć nie na tyle, żeby w ogóle nie pracować. Ostatecznie zdecydowało za mnie gardło. Uznałam, że za bardzo już „skrzypię”. Mam charakterystyczną nauczycielską chrypkę. Problemy laryngologiczne nasilały się coraz bardziej. Uznałam więc, że trzeba ustąpić pola młodszym.
Z żalem?
– Żal mi było ludzi z Zakładu Pedagogiki Opiekuńczej, moich doktorantów, studentów. Bez żalu natomiast pożegnałam papierkową robotę, z jaką musi zmagać się każdy naukowiec. Myślałam, że będę bardziej cierpiała. Mieszkam koło uczelni, i nawet byłam zdziwiona, że z tak małym wzruszeniem przejeżdżam obok jej okien.
Czyli przeszła pani na emeryturę bezboleśnie?
– Nie do końca. To był trudny czas. Odeszła moja mama. I nagle w moim życiu powstała ogromna pustka: zawodowa i rodzinna.
Opowiada pani często o chorobie mamy.
– Lekarze zdiagnozowali u mamy Alzheimera dwa miesiące po śmierci mojego taty. Była wtedy tuż po 80. Opiekowałam się nią prawie dziesięć lat. Właściwie byłam podporządkowana mamie. Ta choroba niszczy samego chorego i jego rodzinę. Pamiętam, jak tuż przed śmiercią mamy stanęłam na ulicy i zdałam sobie sprawę, ile mam lat. „Boże, a gdzie się podziała ostatnia dekada?” – pomyślałam zaskoczona.
Po śmierci mamy jako świeżo upieczona emerytka paradoksalnie rzuciła się pani w wir pracy, m.in. w Ośrodku Interwencji Kryzysowej.
– Niczego nie wyreżyserowałam. Propozycja wyszła od mojego doktoranta. Pustka po odejściu mamy była tak duża, że nowa praca stała się dla mnie terapią.
Mówi się, że na emeryturze człowiek powinien odpoczywać. Ale moje życie pokazuje, że może być inaczej. Mam dziś mniej czasu niż wtedy, kiedy pracowałam na uniwersytecie. Działam w Zielonogórskiej Radzie Seniora, współtworzę czasopismo dla seniorów „Inspiracje” wydawane w Uniwersytecie Trzeciego Wieku. Jestem też prezesem Lubuskiego Stowarzyszenia Opiekunów i Osób Dotkniętych Chorobą Alzheimera.
Nie ma w pani pragnienia, żeby trochę zwolnić, zwyczajnie poleniuchować?
– Wystarczy mi weekend, by zregenerować siły. Po dwóch dniach spędzonych w domu, zaczynam się męczyć. Nie umiem nic nie robić. Ale nie tylko pracuję. Chodzę na zajęcia gimnastyczne, taneczne organizowane przez Uniwersytet Trzeciego Wieku. Spotykam się ze znajomymi. Jeżdżę rowerem. Chwilami zachowuję się jak ptak wypuszczony z klatki. Mam teraz czas na życie.
Przejmuje się pani upływającym czasem?
– Oczywiście, choć bez przesady. Co rano patrzę w lustro i mówię do siebie półżartem: „O Boże, jaka jestem stara!”. Zamiast walczyć ze zmarszczkami, bardziej zależy mi jednak, żeby być sprawnym, zdrowym. Mój przyjaciel, sześć lat straszy, mityguje mnie: „Jak będziesz w moim wieku, to zobaczysz … Ciągle od niego słyszę, że „za sześć lat wydarzy się coś złego”. Ale nic takiego nie ma miejsca. Naturalnie ja też choruję. Całe lata pracy przy komputerze zbierają żniwa. Mam problemy z kręgosłupem. Jeździłam do sanatorium. Imałam się różnych rzeczy, aż w końcu pan ortopeda powiedział, że jeśli nie wzmocnię mięśni gorsetu, to czeka mnie operacja. No i wzięłam się za siebie. Dwa razy w tygodniu pływam, gimnastykuję się. Biorę kijki i idę na spacer. Wizja operacji oddaliła się.
Przeszkadza pani słowo „starość”?
– Wolę inne terminy: okres senioralny, dojrzałość. Słowo „starość” ma pejoratywne znaczenie. Weźmy na przykład starczy uwiąd. Z czym się to kojarzy? Z niemocą fizyczną, z kurczeniem się w sobie, końcem. Oczywiście starość trzeba definiować, to ważny, kolejny etap życia. Ale słowo „senior” brzmi jednak lepiej niż „starzec”. Senior może więcej: może być aktywny, wciąż sprawny, pełen pomysłów. A starzec czy staruszka… Jest wiele prawdy w stwierdzeniu, że starość tkwi w nas. Możemy być metrykalnie młodzi, a emocjonalnie bardzo starzy. Nie chcę, by definiował mnie wiek.
Tęskni pani za młodością?
– Pewnie jak każdy. Czasem oczywiście żałuję, że nie mam 10 lat mniej.
Kiedy ostatnio?
– Całkiem niedawno. Podczas wakacji weszłam na Śnieżnik, ale już nie miałam sił wejść na znajdującą się tam wieżę widokową. Nie ma we mnie natomiast żalu za minionymi latami, pretensji, że to już minęło. Myślę, że jestem wielką szczęściarą. Urodziłam się po wojnie, wprawdzie wiele lat żyłam w komunizmie, ale obecnie mieszkam w wolnej Polsce, jestem obywatelką Unii. Doczekałam czasów, o jakich marzyłam. Moje pokolenie dostało dużo szans i te szansy wykorzystało. W końcu to my doprowadziliśmy w głównej mierze do upadku komunizmu.
Za czymś jeszcze pani tęskni?
– Za ludźmi, którzy odeszli, za rodzicami, bo czas wcale nie goi ran. Ostatnio także za czytaniem książek, bo tracę wzrok, bolą mnie oczy. Nie mogę już tyle czytać, co kiedyś. Ale i na to znalazłam sposób: uzależniłam się od audiobooków. W przychodni, w sklepie, w radiu ciągle słyszę jak moi rówieśnicy skarżą się na zdrowie. A ja ostatnio sama wróciłam znad morza rowerem. I pomyślałam sobie, że jeszcze dużo mogę.
Sylwia Sałwacka

Fot. Władysław Czulak / Grażyna Bożena Miłkowska, pedagożka, związana z Instytutem Pedagogiki Uniwersytetu Zielonogórskiego. Szefowa Lubuskiego Stowarzyszenia Opiekunów i Osób Dotkniętych Chorobą Alzheimera. Od lipca zasiada w Zielonogórskiej Radzie Seniorów.
Zgłaszaj problemy!
Jeśli dostrzegasz problemy dotyczący seniorów w Zielonej Górze, masz pomysły na nowe inicjatywy, skontaktuj się z radą! E-mail: zrs@rm.zielona-gora.pl











