– Umiem trzymać skalpel, nie boję się cięcia, świetnie szyję – opowiada Ryszard Szcząchor, założyciel i współwłaściciel zielonogórskiego Aldemedu.

Zielonogórska przychodnia i szpital Aldemed działa 30 lat. – Nie sprzedam jej żadnej korporacji. Mam plany. Chciałabym jeszcze w życiu zbudować centrum rehabilitacyjne i dom seniora. Ale proszę mnie nie ciągnąć za język – zastrzega Ryszard Szcząchor. Opowiada nam historię swojej firmy, klnie jak szewc. – Przepraszam, bywam nerwowy, choć już nie tak jak kiedyś. Zaskoczę panią, często płaczę na filmach. Pod tym względem jestem „mięczakiem”.

Sylwia Sałwacka: – Podobno został pan lekarzem, bo tak chciał ojciec.

Ryszard Szcząchor: – A gdzie tam! Wychowałem się na wsi Majdan Stary, na Zamojszczyźnie. Rodzice prowadzili niewielki sklep. Sprzedawali chleb, mleko, masło, śledzie. Nie było ich stać na kształcenie dzieci w mieście. Żeby wyrwać się na studia, miałem dwie opcje: seminarium i sutanna księdza albo akademia wojskowa i żołnierski mundur.

Decyzję pomógł mi podjąć proboszcz, u którego byłem ministrantem. Mądry człowiek. – „Rysiu, już lepiej żebyś został dobrym chrześcijaninem, niż złym księdzem” – poradził mi. Więc wybrałem żołnierkę. A ponieważ zawsze byłem ambitny, zdecydowałem się na wojskową akademię medyczną.

– A jak pan został dermatologiem?

– Przez przypadek. Po studiach dostałem rozkaz przenosin w Lubuskie. Tak znalazłem się w Krośnie Odrzańskim. W miejscowym szpitalu zacząłem robić specjalizację z chirurgii. I nawet zacząłem odnosić pewne sukcesy, ale wtedy wojsko przeniosło mnie do Czerwieńska. Nie miałem czasu, żeby dojeżdżać stamtąd do szpitala w Krośnie, więc rzuciłem chirurgię na rzecz modnej wówczas dermatologii i wenerologii. Z tej kompilacji wzięło się moje zacięcie do dermatologii zabiegowej. Umiem trzymać skalpel, nie boję się cięcia, świetnie szyję.

(Pokazuje zdjęcie sprzed wielu lat. „Proszę zobaczyć jaki byłem wtedy przystojny”).

– I tak został pan „najlepszym dermatologiem wśród chirurgów” w mieście.

– Z Czerwieńska przenieśliśmy się z rodziną do Zielonej Góry, gdzie zatrudniłem się na dermatologii w tutejszym szpitalu wojewódzkim. Zarazem zacząłem pracę jako adiunkt w Wyższej Szkole Pedagogicznej. Dzięki temu poznałam swojego serdecznego przyjaciela prof. Zbigniewa Izdebskiego, który próbował mnie włączyć w pionierskie wówczas badania nad HIV i AIDS, ale mu odmówiłem. Czego trochę żałuję.

– Dlaczego pan odmówił?

– Kariera naukowa nie była mi pisana. Nie znoszę pisać. Nawet prof. Edward Rudzki, wybitny lekarz, u którego potem robiłem specjalizację z alergologii, nie był w stanie mnie do pisania przekonać. A miałbym już pewnie doktorat w kieszeni.

– Zamiast tego w Zielonej Górze przy ul. Kupieckiej założył pan pierwszy prywatny gabinet dermatologiczno-alergologiczny.

– I jako pierwszy w regionie zacząłem wykonywać testy alergologiczne. W duecie z anestezjologiem Mirosławem Kotem, do dziś moim serdecznym kolegą. W naszym gabinecie ja podawałem pacjentowi śladowe dawki alergenu, a Mirek notował, jak chory reaguje na tę dawkę i jednocześnie czekał w pogotowiu z zestawem przeciwwstrząsowym, gdyby doszło do powikłań.

– Ale to był hit!

– Ludzie zaczęli odkrywać, że wiele dolegliwości z jakimi zmagają się, często od dziecka, ma podłoże alergiczne. Nikt wcześniej tego u nich nie diagnozował, nie nazywał po imieniu. Przyjeżdżali do nas pacjenci z całego regionu. W tygodniu robiliśmy po kilkadziesiąt testów. Tak zarobiłem pierwsze w życiu większe pieniądze.

– Wyjaśnijmy: dziś lekarze świetnie zarabiają, ale wtedy publiczny system zdrowia nie oferował tak lukratywnych pensji.

– Szczerze mówiąc jako etatowy pracownik szpitala zarabiałem nędznie. Fiskus o tym wiedział, i żeby to jakoś zrównoważyć, w prywatnych gabinetach ściągał od lekarzy podatek od ilości przepracowanych godzin. A nie – jak dziś – od zarobionych pieniędzy. Dzięki temu udało mi się uskładać niewielki kapitał na start nowej w mieście przychodni.

– Skąd wziął się pomysł, żeby stworzyć przychodnię?

– Podsunął mi go przyjaciel, prof. Andrzej Kaszuba, u którego często stażowałem jako lekarz. Dwa lata wcześniej z żoną, lekarką Anną Kaszubą, założyli dermatologiczną przychodnię w Łodzi. To z nimi stawiałem pierwsze kroki jako świeżo upieczony menedżer i uczyłem się zarządzania. Ojciec Anny – z zawodu księgowy – dawał mi korepetycje z zasad księgowości.

– Lata 90. w Polsce były pełne kontrastów. Kwitnie handel na bazarach, na rynku Pod Topolami ludzie handlują na łóżkach polowych czapkami z Turcji i oranżadą z Węgier. Ale kończy się scentralizowany system ochrony zdrowia.

– Transformacja rozgrzewała emocje do czerwoności. Przychodnie miejskie, wiejskie zostały rozwiązane. Byli pracownicy dostawali w spadku nieruchomości i tysiące pacjentów wraz z ich medycznymi kartotekami.

– Pan jednak postawił na komercyjną poradnię.

– O ile prywatne gabinety nie były wówczas żadną sensacją, prywatnych przychodni specjalistycznych w kraju było jak na lekarstwo. Szlak absolutnie nieprzetarty.

– A środowisko medyczne nieufne.

– Początkowo część lekarzy rzeczywiście podchodziła do mojego pomysłu sceptycznie. Wojskowy doktor, nie wiadomo skąd się wziął w mieście. Na dodatek kapitalista… Przychodnia jednak powstała. Dokładnie 29 lutego 1996 zaczęliśmy działać w kamienicy w Alei Niepodległości 1. Początkowo jako „zespół specjalistycznych gabinetów”, a po roku już jako Aldemed. Nazwa wzięła się od dwóch moich lekarskich specjalizacji. Pomógł znów przypadek. Z tej kamienicy zaczęły wyprowadzać się stowarzyszenia i zwolniły się dwa pomieszczenia o powierzchni 50 mkw. Lokalizacja była wspaniała, sam środek miasta. Tuż obok znajdowała się renomowana, nieistniejąca już zakładowa przychodnia pracowników „Gazety Lubuskiej”. Bez większego wahania podpisałem umowę z ZGKiM.

– Wbrew pierwszym obawom Aldemed szybko zdobył w mieście renomę.

– Ciężko razem pracowaliśmy na ten sukces. Żeby zjednać sobie pacjentów, organizowaliśmy charytatywne medyczne pikniki, profilaktyczne kampanie. Rozdawaliśmy kalendarzyki i ulotki. Przełamywaliśmy tabu. Jako piersi w mieście zatrudniliśmy np. seksuologa, prof. Izdebskiego. A w piątki – dla równowagi, żeby nie dać się zwariować – umawialiśmy się wszyscy w Starym Młynie na tańce.

– Mówi się, że nie ma lekarza w Zielonej Górze, który by u pana nie pracował. Nawet krążą o tym anegdoty. Raz miał pan zaczepić jedną z lekarek w windzie i zaproponować jej pracę. Na co ona odparła: „Ale ja już u pana pracuję!”.

– Na szczęście pani doktor wybaczyła mi to faux pas. Nie ukrywam, nie znam już wszystkich pracowników. Aldemed zatrudnia dziś 380 osób. Mamy dwie przychodnie, szpital, aptekę. Mieścimy się w Alei Niepodległości, przy Towarowej i na Osiedlu Śląskim. Staliśmy się dużą firmą. Zmieniliśmy strategię. Nie jesteśmy wyłącznie komercyjną placówką, leczymy obecnie przede wszystkim na NFZ. Nasi lekarze rodzinni mają pod opieką 28 tys. pacjentów, a do końca roku ta liczba wzrośnie pewnie do 30 tys. W szpitalu, w dwóch salach operujemy rocznie kilka tysięcy osób. Można u nas zoperować – i na fundusz, i prywatnie-– m. in. oczy, migdałki, przepuklinę, kręgosłup.

– Nigdy pan „nie przestrzelił” żadnej inwestycji i nie zadłużył się po uszy. Ma pan podobno świetny biznesowy zmysł.

– Zawsze będę powtarzać: od pieniędzy ważniejsza jest pasja, cel, jakaś idea. Jeśli człowiek to ma, jest pracowity, to prędzej czy później kasa pojawi się sama. Dlatego zyski, jakie wypracowywał Aldemed, inwestowałem w przychodnię. I nawet będąc już poważnym prezesem, jeździłem po mieście starym, wysłużonym autem, z którego w sympatyczny sposób podśmiewywał się mój personel. Zamiast Lexusa wolałem kupić np. nowy sprzęt medyczny. I minęło trochę czasu zanim sobie tego Lexusa z lekarskiej pensji kupiłem.

Fot. Władysław Czulak