Od ponad pół wieku stoi na scenie. 74-letni Zielonogórzanin Jerzy Markiewicz, dyrygent, pedagog, znawca muzyki dawnej, twórca zespołów i „Wieczorów u Luteranów”, wciąż prowadzi koncerty, pracuje nad kolejnymi projektami. Od kilku lat nie ma jednak etatu, który wyznaczałby rytm pracy i życia. – Wszystko, co teraz robię, muszę organizować od A do Z. To wymaga siły, charakteru i woli, żeby pokonywać przeciwności – mówi.

Fot. Tomasz Gąszczak / Jerzy Markiewicz: – Muzyka dawna najlepiej brzmi w starych kościołach. Z myślą o takich wnętrzach była tworzona

Rozmowa z Jerzym Markiewiczem

Proponowałem spotkanie rano, ale rozmawiamy po południu. Usłyszałem, że wcześniej priorytet miał zaplanowany trening. Jakiego rodzaju?

– Siłownia.

Ćwiczy pan regularnie? 

– Mam nadzieję, że to trochę widać… Muszę dbać o kondycję. Mimo wieku wciąż jestem człowiekiem aktywnym. Siła fizyczna i ogólnie rozumiana sprawność są mi niezbędne. Muzyka, dyrygowanie to wyczerpująca praca. Gdy przygotowuję koncert, na próbach trzeba na nóżkach stać, „machać” rękoma i być skoncentrowanym przez wiele godzin dziennie. Po kilka godzin do południa i po południu jako lider musisz napędzać swoją energią muzyków. To duże obciążenie, nie tylko fizyczne.

I tak od 52 lat?

– Mniej więcej. Nie przywiązuję wagi do dat z przeszłości. Rzadko wracam do tego, co było. Koncentruję się na tym, co jest. Jakiś czas temu miałem jubileusz 50-lecia pracy na scenie. Wypadło to uczcić, bo niektórzy nawet tyle nie żyją.

Skąd się wzięła w pańskim życiu muzyka? Rodzinne tradycje?

– Nie. To chyba po prostu siedzi w człowieku. Od dzieciństwa ciągnęło. Gdzie tylko wydobywał się jakiś dźwięk, od razu próbowałem paluszkiem dotknąć.

Aż poprosił pan rodziców, żeby zapisali do szkoły muzycznej?

– Sam się zapisałem. Dorastałem w innej rzeczywistości. Lata 50. i 60. ubiegłego wieku, Szczecin. Ciężko o dostęp do instrumentów, dlatego poszedłem do szkoły muzycznej. Jak na swój wiek, wczesnego nastolatka, byłem dość dużym chłopcem, dlatego zaproponowali mi kontrabas, na który nie było wielu chętnych. Trafiłem na profesora Smolenia. Fantastyczny muzyk. Chwytał każdy instrument i po niedługim czasie grał na nim bardzo dobrze. 

Pan też tak ma?

– Nie. Dzisiaj publicznie nie biorę już instrumentów do ręki, żeby się nie kompromitować. Tylko, gdy jestem sam, pracuję nad partyturą, gestem, formą, tempem i innymi aspektami dzieła. Fortepian czy pianino służy mi wtedy jako narzędzie pomocnicze. Gram sobie fragment, coś sprawdzam, szukam brzmienia.

Kontrabas szybko poszedł w odstawkę?

– Skończyłem szkołę muzyczną I stopnia. Zacząłem II stopień. W technikum oceny miałem na tyle dobre, że mogłem bez egzaminów dostać się na Politechnikę. W klasie było nas dwóch z takimi możliwościami, ale miejsce tylko jedno. Nie rywalizowałem o nie, bo już wtedy wiedziałem, że chcę studiować na Akademii Muzycznej w Poznaniu.

Lider

Jaki kierunek studiów? 

– Ukończyłem wychowanie muzyczne. Zacząłem też studia na wydziale wokalnym. Byłem tenorem. Nawet dosyć dobrze obdarzonym przez naturę. Szkoliłem głos pod okiem profesora Romańskiego, świetnego pedagoga i kiedyś pierwszego tenora Opery Poznańskiej. Śpiewał najcięższe role. Mnie też proponowano mi pójście do opery, ale to mnie nie interesowało. Najważniejsze, że poznałem technikę pracy nad głosem. To jest jak danie człowiekowi narzędzia do ręki. Jeżeli jeszcze potrafi sobie jego rękojeść dobrze dopasować, to może z niego korzystać przez lata.

I już wtedy myślał pan o dyrygenturze?

– W życiu nie jest tak, że ktoś przychodzi i nakleja człowiekowi nalepkę na czole: „Ty będziesz dyrygentem”. Trzeba samemu coś zrobić, pokazać innym, że się potrafi. Mieć do tego predyspozycje. Dyrygent musi mieć cechy przywódcze. A ja właściwie cały czas prowadziłem jakieś zespoły, które zakładałem, mieszkając w akademiku. Muzyka coraz bardziej interesowała mnie od strony mentalnej i umysłowej pracy nad partyturą. 

Grób w prezencie pod choinkę

Jak ze Szczecina przez Poznań dotarł pan do Zielonej Góry?

– Jako absolwenci dostaliśmy z żoną propozycję z Lubska – praca z mieszkaniem. Z perspektywy władz takiego miasteczka byliśmy atrakcyjną parą. Żona uczyła tam w szkole, ja prowadziłem ognisko muzyczne. Zacząłem też pracować w Filharmonii Zielonogórskiej oraz w Wyższej Szkole Pedagogicznej, gdzie prowadziłem chór akademicki. Na przełomie lat 70. i 80. przeprowadziliśmy się do Zielonej Góry. Przez pewien czas byłem dyrektorem Amfiteatru. Zakorzeniliśmy się tu.

Szczecin nie kusił?

– Z upływem czasu człowiek powoli odcina nitki od życia, które go wiążą z danym miejscem i środowiskami. Twoi dawni koledzy rozjeżdżają się w różne strony, odchodzą, pękają więzy. Aż nagle się okazuje, że to, czy mieszkam w Gdyni, Raciborzu czy w Szczecinie, nikogo nie obchodzi. Niemniej bardzo często jeżdżę do Szczecina. Tam mieszkają moje dwie siostry. Tam są groby moich rodziców. 

A pana grób gdzie będzie?

– Już jest!

…

– Na tzw. starym cmentarzu w Zielonej Górze wykupiłem miejsce dla siebie i żony. Było trochę jak w żarcie rodem z czarnego humoru, bo transakcję sfinalizowałem w grudniu. I w rozmowach, pytany o to, nieco makabrycznie żartowałem, że to prezent pod choinkę.

Tak polubiliście Zieloną Górę?

– Jest fantastycznym miejscem do mieszkania! Pięknie położona, blisko i góry, i morze. Na tyle duża, że mogę się tu poczuć anonimowo. Jednocześnie na tyle mała, że wszędzie czuję się tu jak u siebie. Kiedyś znałem właścicieli wszystkich miejskich knajp.

O co chodzi w muzyce dawnej

Dlaczego akurat ten rodzaj muzyki?  

– Była ze mną od początku studiów. Śpiewałem w Zespole Madrygalistów Poznańskich, który prowadził mój późniejszy profesor dyrygentury Leszek Bajon. Już wcześniej, jeszcze w szkole muzycznej u profesora Smolenia, zetknąłem się z muzyką dawną, ale wtedy patrzyłem na nią przede wszystkim od strony instrumentu. Miałem opanować, wystąpić, wykonać swoją partię. 

Fot. Archiwum prywatne / – W tym roku od lipca przepłynąłem ponad 500 mil morskich. Kawał drogi. No i to jest fascynujące – zapewnia zielonogórski dyrygent

Fot. Tomasz Gąszczak / „Dyrygent musi być liderem i dzielić się energią z muzykami i śpiewakami”

Fot. Archiwum prywatne / – Przez dziesiątki lat nie miałem czasu na żeglarstwo. Do młodzieńczej pasji wróciłem dopiero na emeryturze

Fot. Tomasz Gąszczak / Wymyślone przez Jerzego Markiewicza Wieczory u Luteranów, jedna z zielonogórskich marek i tradycji

Fot. Tomasz Gąszczak / Maj, 2024, koncert jubileuszowy Jerzego Markiewicza

W Poznaniu zacząłem słyszeć brzmienie, harmonię, całość. I ta muzyka zaczęła mnie coraz bardziej wciągać. W Poznaniu zacząłem słyszeć brzmienie, harmonię, całość. I ta muzyka zaczęła mnie coraz bardziej wciągać. W Poznaniu zacząłem słyszeć brzmienie, harmonię, całość. I ta muzyka zaczęła mnie coraz bardziej wciągać.W Poznaniu zacząłem słyszeć brzmienie, harmonię, całość. I ta muzyka zaczęła mnie coraz bardziej wciągać.Na studiach w Poznaniu zacząłem słyszeć brzmienie, harmonię, całość. I ta muzyka zaczęła mnie coraz bardziej wciągać. rzede wszystkim zauważyłem, że mam własny pogląd na to, co się w niej dzieje. To jest ważny moment. Człowiek zaczyna czuć, że coś zrobiłby inaczej, że coś mu nie pasuje. Nawet jeśli na początku nie ma jeszcze wiedzy, próbuje znaleźć własną drogę do tego co wewnętrznie słyszy.

A jednak brnął pan w tym kierunku. 

– Niemal pod prąd. Były bowiem problemy. Właściwie nikt w Polsce nie wiedział wtedy, jak profesjonalnie wykonywać muzykę dawną. Nie było kopii historycznych instrumentów, nie grano na strunach jelitowych, nie było literatury, która podpowiadałaby wykonawcy, jak podejść do konkretnego dzieła. Nie miałem do kogo pójść i zapytać: „Jak to zrobić?”. Dziś jadę na próbę swojego absolwenta, mogę mu wskazać właściwy kierunek i to uargumentować. Ale wtedy? Sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem… Słuchało się dostępnych nagrań, których, powiem to delikatnie, nie powinno było się prezentować. Dopiero później pojawili się w Polsce muzycy, którzy zdobyli wykształcenie w Niemczech na regularnych studiach muzyki dawnej. M.in. Teresa Kamińska, Marek Toporowski, którzy zresztą pojawili się także w Zielonej Górze. Z nimi współpracowałem i od nich uczyłem się profesjonalnego podejścia. Bo człowiek zawsze powinien się od kogoś uczyć.

Ale pan w dużej mierze musiał być samoukiem.

– Tak. I to miało swoją cenę. Autodydaktyka jest dobra, ale czasami oznacza otwieranie drzwi, które już dawno były otwarte. Momentami droga była naprawdę wyboista i trochę się poobijałem. Radziłem sobie jednak. Stworzyłem od podstaw zespół Cantores Viridimontani, który działa do dnia dzisiejszego pod nazwą Cappella Viridimontana. To obecnie w pełni profesjonalny zespół kameralny złożony ze znakomitych muzyków. Dziś wciąż realizuję rozmaite projekty, do których dobieram sobie muzyków z całej Polski a chyba najważniejszy z nich, także pod względem rozmiarów i czasu trwania, to Thesaurus Chori Saganensis w największym skrócie polegający na przywrócenia do życia muzycznego XVIII wiecznych kompozycji ze zbioru z dawnej biblioteki augustianów żagańskich.

Wiele z nich odbywa się w świątyniach. To wyraz religijności?

– Nie robię tajemnicy z tego, że jestem katolikiem, ale to nie ma żadnego związku. Muzyka dawna z zasady powstawała z przeznaczeniem do odtwarzania w kościołach. Eksperymentowałem w innych, powiedzmy świeckich salach. Bez zadowalających efektów.

Miejsce staje się częścią wykonania?

– W muzyce wszystko jest pewną sumą. Tak samo jak z obrazem – dobra ekspozycja wymaga swoistego otoczenia. Nie można powiesić dzieła na przypadkowej latarni i oczekiwać, że będzie współgrało z otoczeniem. Nie będzie. Z muzyką jest podobnie. Pamiętam pewien koncert. Świetni wykonawcy, ale sala sucha akustycznie, instrumenty nie brzmiały. W kościołach z reguły brzmią. Chodzi też o pewną rzecz, która dla przeciętnego słuchacza może być dość odległa i wymagałaby dobrego przygotowania. Mianowicie związki emocjonalne między tekstem, muzyką i odczuwaniem. Chociaż nie żyjemy już dziś rzeczywistością tamtych czasów, a np. słowo Deus dla wielu ludzi niewiele znaczy, to moim – jako dyrygenta – zadaniem jest, żeby przekazać odbiorcom chociaż cząstkę emocji zawartych w partyturze. To jest istota muzyki i ogólniej sztuki – handel emocjami.

Wieczory u Luteranów

W Zielonej Górze są co najmniej dwa monumenty Jerzego Markiewicza: osiągnięcia chóru Cantores i cykliczne Wieczory u Luteranów.

– Niby nie mnie to oceniać, a jednak powiem. Cantores należał do najlepszych chórów w Polsce.

To dlaczego musimy o nim mówić w czasie przeszłym?

– Bo gdy nastał rektor Baksalary, po kilku latach doszło między nami do konfliktu, niezwiązanego z muzyką. Nie pora do niego wracać. De mortuis nihil nisi bene. W każdym razie wtedy zawiesiłem działalność chóru. Po latach, już w strukturach Uniwersytetu Zielonogórskiego, doszło do reaktywacji, ale bez nawiązania do dawnej świetności.

A jak trafił pan z muzyką dawną do świątyni Ewangelików?

– Dłuższa historia. Szukałem w Zielonej Górze miejsca, w którym mógłbym realizować muzykę kameralną i koncerty według własnego pomysłu, na moich, nazwijmy to, zasadach etycznych. W kościołach katolickich zawsze był pewien problem organizacyjny, ponieważ tam jest dość gęsty układ mszy, a z tego powodu trudno dobrze przygotować się do koncertu. Zobaczyłem kościół przy Placu Bohaterów. Świetny pod względem proporcji, wysokości i akustyki. Wówczas zawiadywał nim biskup Józef Pośpiech. Był to czas kiedy chciałem zrobić Zielonogórski Festiwal Muzyczny w grudniu. Usłyszałem: „Nie ma problemu, kościół jest ogrzewany”. Rewelacja! Tylko później się okazało, że przez ogrzewanie rozumiano piecyki pod ławkami. Porządne dogrzewanie kościoła miałoby negatywne skutki dla organów i dlatego stopniowo przesuwaliśmy jego realizację na wcześniejsze miesiące W ten sposób z grudnia zrobił się październik. Festiwal jednak zakończył się po nomen omen po 13 edycjach i nastały Wieczory u luteranów. Mimo ich bardzo wysokiego poziomu artystycznego publiczność nie dopisywała- często to było kilkanaście osób. Dziś po bilety stoją długie kolejki. Aby Wieczory u luteranów stały się marką pokroju Wratislavia Cantans, trzeba jednak odpowiedniego budżetu. 

400 mil morskich zatokowej żeglugi

Powiedział pan wcześniej: „Sam sobie sterem żeglarzem,okrętem”. Przypadek? Tu kryje się pana wielka pasja.

– W tym roku od lipca przepłynąłem ponad 400 mil morskich. Kawał drogi. No i to jest fascynujące.

Gdzie i kiedy się zaczęło?

– Dzieciaka w Szczecinie ciągnęło nie tylko do muzyki, ale też do żagli, które oglądał na Jeziorze Dąbskim. Zapisałem się do klubu , nauczyłem żeglować i startowałem w regatach. Przez wiele lat pracy zawodowej nie miałem na to czasu. Gdy jednak przeszedłem na emeryturę, wróciłem do żeglarstwa, tyle że już innego. Jako chłopak pływałem na małych łódkach mieczowych. Dziś mam dosyć spory jacht morski.

Można nim popłynąć dookoła świata?

– Na razie wiem, że można opłynąć wzdłuż i wszerz Zalew Szczeciński oraz zapuścić się na Bałtyk. 29-stopowy jacht jest przystosowany do długiej, samotnej żeglugi, gorzej ze mną. Znam swoje możliwości i one nie pozwalają wyruszyć w taki rejs.

Andrzej Tomasik