Fot. Materiały prywatne Antoniego Kowalskiego / Najważniejsza snookerowa arena świata, Crucible Theatre, choć nie mieści na trybunach nawet tysiąca osób, dla zawodników jest „święta”. Tej „świętości” od najmłodszych lat chciał dostąpić Antoni Kowalski. W ubiegłym tygodniu spełnił marzenie!

Fot. Materiały prywatne Antoniego Kowalskiego / – Crucible Theatre? Mógłbym tam grać każdego dnia – przekonuje Antek Kowalski!

Tenisiści marzą, by zagrać na kortach Wimbledonu, a snookerzyści w Crucible Theatre. Jako pierwszy Polak dokonał tego Antoni Kowalski! 22-latek z Zielonej Góry wystąpił w drabince głównej turnieju mistrzostw świata. I choć przegrał z Markiem Williamsem 4:10, to dla polskich fanów jest bohaterem.

– Do klubu Hot Shots przyprowadził go tata Andrzej – wspomina Marcin Nitschke, który za sprawą organizacji pokazowych turniejów i ściąganiem największych gwiazd do Zielonej Góry, od dziecka „przyzwyczajał” Antka do snookerowego blichtru. – Któryś z wielkich, Neil Robertson, Mark Selby lub Judd Trump zapytał go, dlaczego nie gra w piłkę nożną lub koszykówkę? A on od razu odparł: tylko snooker, tylko snooker!

Wszystko przed oczami

Wspomniana trójka widniała też na liście drabinki głównej trwającego turnieju. Dla nich, a także dla rywala Kowalskiego – Marka Williamsa, rywalizacja w Crucible Theatre to może nie jest normalny dzień w biurze, ale doskonale znają deski teatru, w którym wielokrotnie grali pierwszoplanowe role. Polaka dotychczas nigdy nie było na afiszu.

Kowalski, który od prawie dwóch lat gra w gronie zawodowych snookerzystów, musiał przejść przez trzy rundy eliminacyjne. Na rozkładzie znaleźli się: Connor Benzey (10:1), Joe O’Connor (10:8) i w decydującym pojedynku Jamie Jones (10:8). Po tym ostatnim meczu Antek uronił łzy. – Wszystko przeleciało mi przed oczami, a do tego ludzie i media przypomnieli mi zdjęcia z zawodowcami, gdy byłem mały – wspomina Kowalski. Przyznaje, że kwalifikacje kosztowały go tyle energii, że na starcie z trzykrotnym mistrzem świata, Markiem Williamsem, paliwa nieco zabrakło. Początek był wyrównany, ale w decydujących momentach 51-letni Walijczyk pokazywał jakość. – Starałem się, jak zawsze, ale po prostu nie „klikało”. To nie był stres, brakowało już energii i koncentracji. Dałem z siebie wszystko i mam nadzieję, że będę tam wracał każdego roku – przyznał Zielonogórzanin. Choć nie miał okazji porozmawiać po meczu z Williamsem, słyszał, jak rutyniarz w superlatywach wypowiadał się o jego grze.

Kowalski do kwalifikacji przystępował niczym do rywalizacji o swoje być albo nie być. Zdobyty prawie dwa lata temu bilet do grona zawodowców nie jest bezterminowy. Do elitarnego grona 128 snookerzystów Main Touru puka wielu zawodników ze świata. – Cieszę się, że dzięki temu zostaję na dwa kolejne sezony w elicie. A że miałem wisienkę na torcie w postaci fazy głównej i meczu z Williamsem, to jestem obecnie najszczęśliwszym człowiekiem na planecie – przyznaje.

Czemu ciągle przegrywam?!

– Od dziecka miał w sobie zadziorność, połączoną nawet z lekką arogancją – wspomina Mateusz Baranowski, snookerzysta z Zielonej Góry, który w ubiegłym roku spełnił marzenie i trafił do elity Main Touru. – Pamiętam, że gdy jako dziecko przegrywał ze mną, Marcinem Nitschke czy Adamem Stefanowem, to pytał: „Czemu ja ciągle z wami przegrywam?!” On nie czuł tego, że jest słabszym zawodnikiem. I zawsze podchodzi do stołu, jak równorzędny partner, nawet dla tych największych – przekonuje starszy o prawie siedem lat kolega, który uważa Antka za najlepszego polskiego snookerzystę, przełamującego kolejne bariery, dotychczas zbyt odległe dla Polaków.

Obecnie w gronie zawodowców jest trzech Polaków, oprócz Kowalskiego i Baranowskiego także 15-letni Michał Szubarczyk. Wcześniej w Main Tourze grał Kacper Filipiak i również wywodzący się stąd Stefanów. Antek jako pierwszy prolongował swój pobyt w elicie. Ten świat go nie onieśmielił, wręcz przeciwnie. – W Crucible czuć magię. Kibice są najlepsi na świecie. Widać, że znają się na grze. Atmosfera jest nieporównywalna, dlatego chcę tam wracać co roku, bo lepszego miejsca do grania nie ma! – zapowiada Zielonogórzanin.

Marcin Krzywicki