Jedni przychodzą z butami do naprawy. Na mój widok mówią: „Ooo! Przecież ja pana znam z internetu”. Inni nawet nie kryją, że nie są zainteresowani żadną usługą: „Przyszłam tylko zobaczyć, czy pan naprawdę istnieje?”. Istnieje. Od 20 lat szewc Jarosław Tomczak w warsztacie przy ul. Drzewnej naprawia Zielonogórzanom buty. 

Fot.  Andrzej Tomasik / Kiedyś odwiedził mnie youtuber z kanału „5 sposobów na…”. Doradzał, bym zainwestował w lepszy sprzęt do nagrywania filmików. Może się zdecyduję – rozważa zielonogórski szewc Jarosław Tomaczak

Przez ponad pięć tysięcy dni roboczych, ani razu nie zdarzyło się jeszcze, by klienci zostawili go bez choćby symbolicznej dniówki. Początki były jednak trudne. Bardzo trudne.

Gdy po ośmiu latach pracy u innego szewca zdecydował się usamodzielnić i otworzyć własny zakład, o wiele częściej wyczekiwał na zlecenia, niż je realizował. 

Mieszkałem jeszcze wtedy z rodzicami. Nie musiałem się martwić o dach nad głową czy miskę zupy, ale z tego, co zarabiałem, stać było mnie tylko na ZUS i opłaty za lokal. Siedziałem na swoim stołeczku jak taki bidul i stale jeździłem na oparach paliwa, najkrótszą drogą z domu do pracy i z powrotem – wspomina.

Trzeba się pokazać

Żeby ludzie zauważyli jego zakład, postanowił się pokazać. Godzinami stał w drzwiach, licząc na to, że przechodnie lub przejeżdżający zwrócą uwagę na nowy punkt usługowy. Chyba pomogło, bo zleceń zaczęło przybywać.

Gdy zakład wyrobił sobie renomę i zyskał klientów, 10 lat temu założył tzw. fanpage na Facebooku. Nie liczył na wiele. Odzew w zasadzie też był żaden. – Inne firmy tak robiły, dlatego ja też spróbowałem – wyjaśnia.

Przełom przyniosły filmiki. Ich fabuła dość często powiela efekt „przed” i „po”. Najpierw widzimy parę obuwia nienadającego się do użytku. Pęknięcia podeszwy, rozklejenia, rozdarcia, języki wygryzione przez psy. 

Niejednokrotnie wydaje się, że buty nadają się tylko do wyrzucenia. – W moim zakładzie nie może być łatwo i przyjemnie – komentuje na nagraniu szewc. Po czym pokazuje często zdumiewające rezultaty swojej pracy.

Relacje z warsztatu stopniowo zdobywały coraz większą oglądalność. Pandemię pomogły przetrwać władze miasta i lokalne media. Skokowy przełom w budowaniu zasięgu na Facebooku nastąpił, gdy filmiki zaczęły się ukazywać jako tzw. rolki.

Sztos!, Mistrz! Złote ręce!”

Internetowa sława przekroczyła granice Zielonej Góry, przysparzając rzemieślnikowi wielu zwolenników. „Chcę takiego gościa w swoim mieście” – skomentował jeden z oglądających. I nie był w tym tęsknym wpisie odosobniony.

W komentarzach pod kolejnymi nagraniami internauci biją brawo, prześcigają się w słowach uznania, „Taki nasz Harry Potter”. Pytają też, gdzie mieści się zakład, często żałując, że to tak daleko od miejsc, w których mieszkają.

Pisali do mnie ludzie z Holandii, Wielkiej Brytanii, a w Zielonej Górze czasami czuję się jak celebryta lub influencer. Niektórzy zaglądają przez szybę w drzwiach, albo wchodzą tylko po to, żeby się przywitać i przekonać, czy ja naprawdę istnieję, bo znają mnie z internetu.

Szewc opowiada kawał o szewcu

Pytania o lokalizację przekładają się na liczbę zleceń. Już nie tylko Zielonogórzanie, ale również mieszkańcy okolicznych miejscowości przywożą do zakładu przy Drzewnej swoje obuwie do naprawy. 

Gdy ktoś jest pod presją czasu, ma wesele czy wyjazd, czasami udaje się wynegocjować ekspresowy termin usługi. Z reguły jednak czas oczekiwania sięga 1,5 tygodnia.

Dlaczego to musi tyle trwać? – Opowiem kawał, który ktoś wpisał na moim profilu. Gość zaniósł buty do szewca. Szewc je obejrzał. „Będą gotowe na przyszły czwartek” orzekł i wypisał kwitek. Gość trafił jednak na 20 lat do więzienia. Po odbyciu wyroku przebrał się w swoje ciuchy i w kieszeni znalazł kwitek od szewca. Z ciekawości poszedł do zakładu, pokazał kwitek. Ten sam szewc poszedł na zaplecze. Wrócił i mówi: „Będą gotowe na przyszły czwartek”… 

I u mnie też tak to wygląda. Czasami czekam na materiał, a czasami po prostu na wenę, żeby znaleźć pomysł i zabrać się za kolejną parę – przyznaje.

Czy klnie jak szewc? – Tak. I gdy zdarza się, że ktoś mnie napomina, odpowiadam, że ja jeden mam przywilej, by z racji zawodu przeklinać.

Pije jak szewc? – Jeśli w ogóle, to na pewno nie w pracy. I tego nie było nawet w czasach, gdy przyuczałem się do zawodu.

Bez butów chodzi? – To może dotyczyć każdego fachowca z nadmiarem zleceń. Mechanik samochodowy też pewnie nie ma czasu, by zadbać o swoje auto, bo w pierwszej kolejności reperuje klientom. 

Urodziny

Pracy ma dziś tyle, że filmiki na Facebooka często nagrywa już „po godzinach”. 1 kwietnia br. na 20. urodziny swojego zakładu nie pokazał kolejnej pary butów. 

Chciałem wam bardzo podziękować, że jesteście. Bo bez was mój zakład nie istnieje. I mam nadzieję, że będziecie ze mną jeszcze kolejne 20 lat, bo do emerytury mam daleko – zapowiedział. 

Fani zrewanżowali się gratulacjami, zapowiadając, że zakład będą odwiedzać bez względu na to, czy z butami, czy bez. „Tu naprawdę dzieje się magia” – uzasadniła jedna z klientek.

Andrzej Tomasik

Fot.  Andrzej Tomasik / Szewc Jarek Przed swoim zakładem przy ul. Drzewnej

Fot. Andrzej Tomasik / Od 28 lat w zawodzie, od 20 lat na swoim. Młotek i kopyto to podstawowe narzędzia szewca