
Fot. Artur Łukasiewicz / Robert Dowhan: – Obraz naprawdę jest czymś żywym. Sztuka zmienia ludzi, mnie zmieniła.

Fot. Zbiory Pawła Karłyka
Krynicki fenomen
Łemko, artystyczny samouk, analfabeta, prymitywista. Oficjalnie Nikifor Krynicki, a właściwie Epifaniusz Drowniak, jest dziś jednym z najbardziej rozpoznawalnych polskich artystów na świecie. Jego imię stało się marką. Urodził się w 1895 r. w Krynicy-Zdroju, zmarł w 1968. Cierpiał na poważne wady słuchu, mówił niewyraźnie. Chodził z walizką po uzdrowisku z proszalnymi kartkami typu „Jestem biedny sierota, nie mam Ojca ani Matki. Żyję z tego, co mi ktoś podaruje”. Bywało, że malował na okładkach szkolnych zeszytów, skrawkach papieru pakowego albo po papierosach. Chłonął krynicki i beskidzki krajobraz, klimat uzdrowiska, miasteczek, małych cerkwi i przenosił to na obrazy.
Polityk, człowiek żużla i sztuka z najwyższej półki – to nie tylko w Zielonej Górze mogło wzbudzić sensację. Nazwisko Roberta Dowhana pojawiło się na banerze zapowiadającym wystawę Nikifora w zielonogórskim muzeum.
Wystawa ponad 50 prac Nikifora, jednego z najwybitniejszych malarzy „art brut” na świecie, w muzeum przy al. Niepodległości to niemal w całości kolekcja Roberta Dowhana – posła KO, przedsiębiorcy, byłego senatora i prezesa żużlowego Falubazu. Patrząc na polskie warunki, to jedna z największych prywatnych kolekcji w kraju tego oryginalnego artysty.
– Fakt, dużo ludzi się dziwiło, dzwoniło. Słuchaj, to na pewno ty? – opowiada Dowhan.
– Myślę, że szybko pan usłyszał o lokacie kapitału. Patrz, inwestował w nieruchomości, a teraz w obrazy – zauważam.
– Jasne, że i tak mówili, tyle że nie jestem tym przypadkiem.
– Jak nie lokata, to co?
– Nie handluję dziełami sztuki, nie obracam nimi na rynku. Bardziej pasuje do mnie, że robię to dla siebie i najbliższych. Buduję coś na kształt rodzinnego dziedzictwa. Już nie jestem młody, 60-tka za progiem. Odkryłem sztukę, jeżdżę, oglądam wystawy, czytam o nich. Jest też coś, w co trudno wielu ludziom uwierzyć: można dobrze czuć się z obrazami i dbać o nie.
– Jak się dba o obrazy?
– Nieustannie. Trzeba zapewnić odpowiednią wilgotność powietrza i światło. Obraz naprawdę jest czymś żywym. Sztuka zmienia ludzi, mnie zmieniła.
Jak to było z Nikiforem Dowhana? Kilkanaście lat temu projektował dom. – Dla siebie, nie tymczasowy. Chciałem go upiększyć, żeby było interesująco. Pewni ludzie podpowiedzieli mi, że do tego też służy sztuka. Dobra i poważna. Posłuchałem. „Nikifora” nie kupiłem za jednym zamachem jak klasera ze znaczkami. Zbieram powoli, ostrożnie. Żadnych aukcji internetowych, tylko pewne źródła. Radzą mi znawcy, którzy się na tym znają – opowiada.
Nikifor zostawił po sobie tysiące prac. Oznaczał je chałupniczą pieczątką na odwrocie. Krytyków zachwycała jego artystyczna fantazja przy braku profesjonalnego wykształcenia artystycznego. Nikifor wyróżniał się operowaniem kolorem, umiejętnością łączenia błękitów, zieleni i pomarańczowych poblasków. Jego styl był łatwy do podrobienia. W obiegu sztuki pojawiło się mnóstwo falsyfikatów.
– Nie umiem ich odróżnić, ale znam osoby, które to potrafią. Sprawdzają farby, każdy odcień, różne niuanse. Korzystam z ich wiedzy – tłumaczy Dowhan.
Śledzi aukcje, bywa na wernisażach. Tłumaczy, że dużo mu dała znajomość z Wojciechem Fibakiem, jednym z najlepszych tenisistów w historii kraju, a dziś także kolekcjonerem sztuki.
Nikifor nie mógł używać prawdziwego nazwiska. Z powodu pochodzenia, w PRL dwukrotnie był przymusowo przesiedlany w ramach „Akcji Wisła” na tzw. Ziemie Odzyskane. Nie chciał tu żyć, wracał do swojej Krynicy. Z tego czasu znamy panoramę Gorzowa z Wartą, bulwarami i katedrą. – To prawdopodobnie jedyny lubuski motyw w dorobku Nikifora – ocenia Leszek Kania, dyrektor Muzeum Ziemi Lubuskiej w Zielonej Górze.
Wystawa „Nikifor. Fenomen samorodnego talentu” z kolekcji Roberta Dowhana w zielonogórskim muzeum czynna do 9 listopada.
Artur Łukasiewicz











