– Zielona Góra to takie spore miasto w pigułce – jest tu wszystko, czego potrzeba: sklepy, bary, przeróżne restauracje i czarująca starówka. Moją uwagę przykuły szczególnie małe piekarnie – opowiada Jonathan Gharbi, szwedzki bloger, który przyjechał na Winobranie.

Jonathan Gharbi, bloger ze Szwecji, swoje turystyczne przygody opisuje na FREEDOMtravel.se. To szwedzki cyfrowy magazyn podróżniczy, który zagląda w najciekawsze zakątki świata i relacjonuje wyjątkowe wydarzenia. Wkrótce przeczytamy tu blogerskie opowieści o winobraniowej Zielonej Górze.

Jonathan tylko w tym roku odwiedził 10 krajów, w tym Maltę, Kazachstan, Gruzję czy Hiszpanię. Na Winobranie wybrał się, żeby na własne oczy sprawdzić jak ma się polska stolica wina. I czy zasługuje na ten tytuł.

Agnieszka Hałas: – Twoje pierwsze wrażenie po przyjeździe do Zielonej Góry?

Jonathan Gharbi: – Uroczo. Mimo że nie byłem tu długo, na własnych nogach zrobiłem dziesiątki tysięcy kroków. To takie spore miasto w pigułce – jest tu wszystko, czego potrzeba: sklepy, bary, przeróżne restauracje i czarująca starówka. Moją uwagę przykuły szczególnie małe piekarnie. Macie tu naprawdę smaczne pieczywo. Wybór jest niesamowity.

– Ale nie samym chlebem żyje człowiek. Jak porównałbyś kulturę winiarską Zielonej Góry do tej, którą znasz ze Szwecji lub innych krajów?

– W porównaniu z Polską, w Szwecji uprawia się jedną piątą winogron. Skala jest dużo mniejsza. Klimat nie sprzyja, więc wina mają charakter bardziej eksperymentalny. Zainteresowanie winem jest jednak duże, z czym raczej Szwecja się nie kojarzy. Szwedzi zdecydowaną większość wina importują. Lubią jednak również testować rodzime smaki i to nas łączy. Jesteśmy otwarci na nowinki, więc myślę, że wina z lubuskich winnic miałyby szansę się u nas przyjąć.

– Jak oceniasz wina z Zielonej Góry i okolic? Brałeś udział w degustacji komentowanej w Sali Szeptów, odwiedziłeś miasteczko winiarskie przy ratuszu.

– Uważam, że macie kilka naprawdę dobrych winnic, ale jest też sporo nowych, które potrzebują jeszcze kilku lat, by rozwinąć swoje skrzydła. To proces, który idzie w parze z lokalnymi preferencjami smakowymi. Zauważyłem, że zielonogórzanie najchętniej wybierają białe wina, sięgają po takie szczepy jak Solaris, Chardonnay czy Johanniter. Na przykład w Gruzji, którą odwiedziłem wcześniej w tym roku, ludzie wolą słodsze wina, więc takie produkują na winnicach, chyba że robią wina na eksport lub dla mniejszej grupy odbiorców.

– Jakie wrażenie zrobiło na tobie Winobranie? Co przypadło ci do gustu, a co warto byłoby ulepszyć?

– Spędziłem tu weekend otwierający Winobranie. Na ulice i deptak wyległy tłumy, a ludzie wyglądali na naprawdę podekscytowanych. Widać było, że nie mogli doczekać się święta, w powietrzu było czuć energię tłumu. Rewelacyjnie prezentował się mały korowód, czyli pochód otwierający Dni Zielonej Góry – ognie, muzyka, kostiumy, okrzyki. To robiło niesamowite wrażenie. Z perspektywy obcokrajowca muszę przyznać, że brakowało mi informacji i oznaczeń po angielsku, niemiecku czy francusku.

– Winobraniu przyjrzałeś się również u źródła, czyli w winnicy.

– Tak, odwiedziłem winnicę Ingrid i tu znów byłoby łatwiej, gdyby więcej informacji udostępniać również np. w języku angielskim. Winnica była urokliwa i klimatyczna. To rodzinne miejsce pełne świeżej energii, która jest charakterystyczna dla właścicieli stosunkowo młodych winnic. Tego zapału i zaangażowania trudno doświadczyć na plantacjach we Francji czy Włoszech. Winnica Ingrid leży w Łazie, tuż poza granicami Zielonej Góry. Mimo że nie odjechałem daleko, miło było przyjrzeć się też waszej okolicy.

– Nasze okolice widziałeś też z perspektywy rzeki podczas rejsu galarem z Cigacic.

– Ta kombinacja enoturystyki z turystyką wodną to świetny pomysł! Szkoda tylko, że nie można zamówić pogody, ale jako mieszkaniec Szwecji i tak nie powinienem marudzić. Mimo mżawki to było piękne przeżycie. Czuć siłę rzeki, która przepływa przez trzy kraje. Moja wyprawa do Zielonej Góry nie byłaby taka sama bez tego akcentu. Zdecydowanie polecam wszystkim winobraniowym gościom!

– Wprost z sielskiej wycieczki po Odrze trafiłeś w winobraniowy tłum. Umiemy się bawić?

– Sprawiacie naprawdę przyjazne wrażenie. W Zielonej Górze czułem się zrelaksowany, było bezpiecznie. Przy podobnych wydarzeniach organizowanych w Szwecji panuje większy chaos.

– Jak oceniasz nasze regionalne jedzenie? Komponują się z winem?

– Macie świetne lokalne sery, które kupiłem na stoisku wśród domków winiarskich. Będąc w Polsce nie mogłem odmówić sobie również pierogów. Już podczas wcześniejszych wizyt – w Warszawie czy Gdańsku, skradły moje serce. W tym przypadku jednak trzeba bardziej się wysilić, żeby sparować je z odpowiednim winem.

– Czy poleciłbyś Winobranie innym podróżnikom? Co, twoim zdaniem, jest największą atrakcją tego święta?

– Zdecydowanie polecałbym przyjazd na Winobranie, nie tylko ze względu na wina, ale także na jedzenie i świetną atmosferę. To wyjątkowe uczucie uczestniczyć w największym festiwalu wina w Polsce, wiedząc, że z roku na rok się rozwija i wkrótce przyciągnie jeszcze więcej ludzi. Ponieważ polska kultura winiarska szybko rośnie w siłę, jestem pewien, że liczba odwiedzających wkrótce będzie o wiele większa.

Agnieszka Hałas

Jonathan Gharbi

Fot. Władysław Czulak / – Macie kilka naprawdę dobrych winnic, ale jest też sporo nowych, które potrzebują jeszcze kilku lat, by rozwinąć skrzydła. To proces, który idzie w parze z lokalnymi preferencjami smakowymi – uważa Jonathan Gharbi. Na zdjęciu podczas degustacji komentowanej w Sali Szeptów.

Fot. Władysław Czulak / Jonathan Gharbi wkrótce opisze swoje wrażenia z Zielonej Góry na blogu na FREEDOMtravel.se