„The New York Times”, jedna z najważniejszych gazet na świecie, w 1966 r. zamieściła relację z zielonogórskiego Winobrania. Święto wina opisywał późniejszy laureat Pulitzera. I nie mógł się nadziwić temu, co zobaczył.
Czytelnicy opiniotwórczego „The New York Times’a” artykuł o Winobraniu przeczytali 2 października 1966 r. „Polacy piją piwo na Święcie Winobrania. Wino rodzimej produkcji jest kwaśne, ale nastroje nie” – pisał w tytule Henry Kamm, warszawski korespondent gazety. Amerykańskim czytelnikom relacjonował to, co zobaczył na zielonogórskich ulicach. Sam nie mógł wyjść ze zdumienia.
Lało się wino jabłkowe
Artykuł, do tej pory u nas nieznany, pełny jest folkloru Polski Ludowej. Dla przybysza z Zachodu obraz winiarskiego święta w bloku wschodnim musiał budzić zaskoczenie, a nawet szok.
Głównym motywem tekstu jest refleksja, że choć Zielona Góra świętuje Winobranie, to nigdzie nie można dostać miejscowego wina gronowego i winogron. I że w najmniejszym stopniu nie przeszkadza to tysiącom świętujących, którzy raczą się niemal każdym możliwym trunkiem.
Kamm pisał: „Piwo lało się jak wino na dorocznym święcie winobrania zielonogórskich winnic. Podobnie jak wina jabłkowe, wina węgierskie, tunezyjskie, bułgarskie i napoje orzeźwiające wszelkich smaków. To, co nie popłynęło, to wino z tegorocznego miejscowego zbioru, zaś dostępne w dużej ilości winogrona stołowe pochodziły z Bułgarii.”
Dziennikarz bezskutecznie próbował kupić zielonogórskie wino gronowe. „Kobieta, sprzedająca w państwowym sklepie kiście bułgarskich winogron (…) powiedziała, że w mieście mogą być jakieś małe, prywatne sklepiki, które oferują miejscowy produkt, jednak nie polecała go. Nikogo z taką ofertą nie udało się zresztą znaleźć. Większość mieszkańców i tych, którzy przyjechali w ciągu całego dnia autobusami wycieczkowymi z okolic, wykazywała pełne zrozumienie, że są tu po to, by czcić pijaństwo, bez względu na pochodzenie trunków” – pisał. I dodawał: „Prawdziwe pijaństwo rozpoczęło się po przedpołudniowym korowodzie. Odbywało się w restauracjach i przy licznych stoiskach rozstawionych w całym mieście. Dla większości osób o „mocno zmęczonym” wyglądzie pochód był wytchnieniem od popijawy, która rozpoczęła się dzień wcześniej.”
Największym powodzeniem cieszyło się wino jabłkowe. „Najtańsze, za mniej niż dolara za butelkę. Ma sporą zawartość alkoholu i cukru. Skutki jego działania były szczególnie widoczne przy stołach, gdzie było mieszane z piwem w nieregularnych proporcjach.”
Hazard z Moskwą
Jest też opis innych winobraniowych rozrywek, miksu zachodniego i wschodniego świata: „Spory tłumek zebrał się wokół mężczyzny o zwinnych dłoniach, zręcznie obracającym trzema kostkami oraz planszą z liczbami, na której obstawiający kładli swoje niewielkie stawki. – Przyjdź i zagraj w amerykańską grę – raz za razem zachęcał ochrypłym głosem mężczyzna o twarzy szulera. Miejsce puli na planszy tej „amerykańskiej gry” zostało oznaczone jako „Moskwa”.
„Głośniki ustawione na cały regulator nadawały nieprzerwany program, w którym puszczano na przemian Louisa Armstronga i polską muzykę ludową” – kończył relację z Winobrania.
Autor oceniał 70-tysięczną Zieloną Górę jako zadbaną, choć prowincjonalną. Wspominał o przedwojennych niemieckich tradycjach winiarskich, ale tamto wino opisywał jako kwaśne i niezbyt dobrej jakości. Pisał też o współczesnych zielonogórskich wyrobach – wermucie Monte Verde i Winiaku. Zauważył, że Lubuska Wytwórnia Win ma własne winnice, choć pozyskiwane z nich wino służy jako surowiec do innych trunków.
Chodziło o zabawę
Henry Kamm to niezwykle ciekawa postać amerykańskiego dziennikarstwa. Urodził się w 1925 r. w Breslau, dzisiejszym Wrocławiu, w rodzinie niemieckich Żydów. W 1941 r. udało mu się wyemigrować do USA. Zanim został reporterem „NYT” w Polsce, pisał z Francji. Później pracował jeszcze w innych krajach – m.in. w Związku Radzieckim, Tajlandii czy Japonii. W 1978 r. dostał Pulitzera, najważniejszą dziennikarską nagrodę na świecie, za reportaże o uchodźcach w Indochinach. Zmarł w 2023 r. w Paryżu w wieku 98 lat.
Jak to się stało, że reporter „NYT” przyjechał do Zielonej Góry? Tego nie wiemy. Może znajomi z Polski, którzy wiedzieli, że wcześniej mieszkał we Francji, chcieli pokazać mu tutejsze święto wina?
Relację sprzed 59 lat pokazuję Przemysławowi Karwowskiemu i Tomaszowi Kowalskiemu, ekspertom od zielonogórskich tradycji winiarskich. Obaj jako dzieci mogli uczestniczyć w opisywanym Winobraniu. – Rodzice zabrali mnie pewnie na korowód, który szedł aleją Niepodległości. Tamte czasy pamiętam jak przez mgłę. Ścisk, gwar, stawanie na palcach, żeby coś zobaczyć – mówi Karwowski.
Artykuł ocenia krytycznie. – Dużo tendencyjnych i uproszczonych opisów. Autor ze Stanów nie rozumiał naszej specyfiki – uznaje. Mówi też, że Kamm uległ stereotypom o kwaśnym przedwojennym zielonogórskim winie. – Oczywiście takie legendy funkcjonowały, ale po części wzięły się z prześmiewczych opisów poetów, którzy po czasie się z nich wycofywali. Wino z Grünbergu było na pewno lepsze niż wiele krytycznych opinii o nim. Nie mówiąc już o trunkach z dużych winiarni, które zdobywały medale na międzynarodowych konkursach.
Tomasz Kowalski z Muzeum Ziemi Lubuskiej zwraca uwagę na ludyczność i przaśność opisywanego święta. I patrzy na artykuł łaskawszym okiem. – Jest nawet sympatyczny. Takie były czasy, tak to wyglądało – mówi. – Dla kogoś, kto widział winobrania we Francji czy znał się na winie, to mógł być szok kulturowy. Autor wieloma rzeczami musiał być zdumiony, ale myślę, że atmosfera zabawy też mu się udzieliła. Bo wtedy w Winobraniu chodziło głównie o zabawę. I o to, by się po prostu napić. Bez patrzenia na szczepy i roczniki. Ważne, żeby były procenty i szum w głowie.
– Gdyby Henry Kamm przyjechał teraz na Winobranie albo Dni Otwartych Piwnic Winiarskich, na pewno bardzo by się zdziwił, jaka zmiana na plus tu zaszła – mówi Tomasz Kowalski.
PS. Artykuł w całości w tłumaczeniu Beaty Majnicz przeczytacie w książce z tekstami źródłowymi o Zielonej Górze, którą wkrótce wyda Fundacja Tłocznia.
Szymon Płóciennik

Fot. Czesław Łuniewicz/Zbiory Archiwum Państwowego w Zielonej Górze / Podczas winobrania w 1966 r. z winnicy należącej do Lubuskiej Wytwórni Win zebrano 16 ton winogron. Pozyskane z nich wino posłużyło jako surowiec do innych trunków. Zdjęcie z lat 60. XX w.














