Taniec sprawia, że człowiek zapomina o bożym świecie. Że miał zły dzień, że w pracy coś poszło nie tak, a rano bolały stawy. Jest jak lekarstwo – opowiada Zbigniew Żołądziejewski, zielonogórski nauczyciel.

Połowa kwietnia, sala konferencyjna w Miejskim Ośrodku Pomocy Społecznej przechodzi rewolucję. Ludzie przesuwają stoły, krzesła wstawiają do kątów, a sami wychodzą na środek. Zaczyna grać muzyka. Prawa noga w bok, lewa, kółko, obrót. Tańczy jakieś 50 osób. Śmieją się, żartują, są wyraźnie wyluzowani.

30 dziewczyn i ja

Co dwa tygodnie Zbigniew Żołądziejewski, nauczyciel z III LO i instruktor tańca, zaprasza zielonogórskich seniorów do MOPS-u na bezpłatne zajęcia z tańca integracyjnego.

Sam zatańczył go sam kilkanaście lat temu na warsztatach Polskiego Stowarzyszenia Pedagogów i Animatorów Klanza.

– Wyczytałem w gazecie, że organizują dla nauczycieli zajęcia w pałacu w Przytoku – opowiada. – Zadzwoniłem z ciekawości. Osoba, która odebrała telefon, była bardzo zaskoczona, że chcę wziąć udział w szkoleniu. „Na pewno nie pomylił pan ogłoszeń?” – dopytywała.

Sprawa wyjaśniła się niebawem, po przyjeździe do Przytoku. – W sali na rozpoczęcie kursu czekało 30 dziewczyn i ani jeden facet – śmieje się Żołądziejewski. – Było świetnie. Nauczyłem się zupełnie nowego podejścia do tańca.

W tańcu integracyjnym wiek nie ma znaczenia, nie jest ważne, czy uczestnik jest świetnym tancerzem, czy osobą nietańczącą. Choreografie są proste, układy kroków powtarzalne i nie wymagają zaawansowanych umiejętności ani wysiłku. Ludzie tańczą zwykle w kręgu, w rzędach, często zmieniając tanecznych partnerów – opowiada instruktor. – Nie ma tu jury. Nikt nikogo nie ocenia. Ważniejsza jest zabawa, poznawanie innych, eliminowanie nieśmiałości i wspólne działanie. Słowem: integracja.

Salsa zamiast gry w piłkę?

Już w przedszkolu błyszczał na parkiecie, wycinając hołubce w przebraniu górala:

– W szkole podstawowej występowałem w ludowym zespole pieśni i tańca. W latach osiemdziesiątych zaczęła się natomiast moja wielka miłość do tańca towarzyskiego. Zapisałem się na kurs, by pokonać nieśmiałość. I wpadłem po uszy.

Niestety, na pielęgnowanie nowej pasji długo nie miał czasu. – Ożeniłem się, urodziły się nam dzieci. Zaangażowałem się w pracę na rzecz organizacji pozarządowych. Przez lata byłem prezesem lubuskiego oddziału katolickiego stowarzyszenia „Civitas Christiana”. Ale też miejskim radnym. Taniec poszedł w odstawkę – opowiada.

Do pasji wrócił koło pięćdziesiątki. Walce, paso doble, fokstroty szlifuje w szkole Gracja. – Żałuję tylko, że żona nie podziela mojej miłości do tańca. Wychodzi na parkiet incydentalnie i z umiarem – wzdycha.

Miłość do tańca jest u niego tak silna, że założył taneczne Studio Integracji Społecznej BINGO. Tańca uczy też w III LO, gdzie pracuje jako nauczyciel wychowania fizycznego, wcześniej był katechetą. – Chłopaki oczywiście wolą pograć w piłkę, ale dziewczyny często proszą mnie: „Panie profesorze, może dziś poćwiczymy salsę?”.

Środek na błogie rozluźnienie

– Zbyszek na parkiecie po prostu wymiata. Tańczy świetnie. Jedną z jego fascynacji jest taniec Bollywood, który łączy elementy tradycyjnych tańców indyjskich z nowoczesnymi technikami zachodnimi – zdradzają mi nauczyciele z „trójki”.

Teraz ważna jest kizomba, wywodząca się z Angoli, zwana afrykańskim tangiem. – W miniony weekend byłem na warsztatach. Rewelacja! – opowiada. – Taniec wyzwala dobre emocje, rozluźnia, buduje formę. Sprawia, że człowiek zapomina o bożym świecie. Że miał zły dzień, że w pracy coś poszło nie tak, auto nie odpaliło, a rano bolały go stawy. Działa jak lekarstwo.

Sylwia Sałwacka

Archiwum prywatne Zbigniewa Żołądziewskiego

Archiwum prywatne Zbigniewa Żołądziewskiego