Zmarł Stefan Bulanda, legenda zielonogórskiej oświaty i ogólniaka zwanego „lotnikiem”. Miał 86 lat. Przyjechał do Zielonej Góry z misją stworzenia wojskowego liceum. I został do końca życia.
Kilka lat temu IV Liceum Ogólnokształcące przy Szosie Kisielińskiej obchodziło 40-lecie istnienia. Jego historia jest bardziej skomplikowana, bo u źródeł jest liceum wojskowe o profilu lotniczym i uczniowie w obowiązkowych stalowych mundurach. Te dwie szkoły i jubileusz łączyła postać Stefana Bulandy, założyciela i przez dekady dyrektora miejskiego ogólniaka.
– W szkole krążyła legenda, że w hangarze przy boisku trzyma jakiś mały odrzutowy samolot, jakby co wsiądzie i odleci. Oczywiście nikogo do tego blaszaka nie wpuszczał – opowiada jeden z absolwentów „lotnika” sprzed dwóch dekad. Sam ma jeszcze osobiste wspomnienie o wyjątkowym dyrektorze. – Nakrył mnie na studniówce z piersiówką w marynarce. Spojrzał z politowaniem i powiedział coś w stylu „co było a nie jest nie pisze się w rejestr”.
Przez „lotnika” przewinęło się kilka pokoleń licealistów. – Miał autentyczny autorytet i ujmujący dystans do życia – wspominają najczęściej. – Tak jakby wszystko widział i wiedział, dlatego uczniom wszystko wybacza, bo nic go nie zaskoczy. Nazywali go „wodzem, papieżem”, do którego należy ostatnie słowo. – Najczęściej ułaskawiał jak ten rzymski cesarz w Koloseum – opowiada drugi z absolwentów.
Do siebie miał spory dystans. Swego czasu uczniowie wydawali szkolną gazetkę, w której w odcinkach drukowali komiks z prześmiewczym tytułem „Przygody wuja Stefana”. – Czasem te żarty były ryzykowne. Ale to nauczyciele naciskali, by nie przeginać. W końcu to dyrektor i powaga się należy. A po nim te głupie dowcipy spływały. W ogóle nie było widać, że pół życia spędził w wojsku. Liceum Lotnicze w Zielonej Górze otwierał jako dyrektor 1 września 1979 r. Miał energię czterdziestolatka. Jego uczniowie skakali na spadochronach, pilotaż zaczynali od szybowców. Mieli być narybkiem szkół oficerskich.
Bulanda miał doświadczenie. W słynnej „szkole orląt” w Dęblinie był wicedyrektorem. Uczył przyszłe lotnicze kadry nawigacji i teorii lotów. Sam też latał, głównie na Limach-5, polskich szkoleniowych samolotach odrzutowych. Latania uczył Mirosława Hermaszewskiego, pierwszego Polaka w kosmosie. – Zawsze był dla mnie kimś bardzo bliskim. Kiedy próbowałem pierwszych podskoków na odrzutowym samolocie, to on już był tam instruktorem, takim fajnym facetem. Oczywiście wtedy nie był dyrektorem szkoły, był podporucznikiem. Miałem z nim lepszy kontakt, taki emocjonalny, niż z moim prawdziwym instruktorem. A nauczył mnie paru fajnych rzeczy w powietrzu – wspominał Hermaszewski w „Gazecie Wyborczej:”
cale nie nie musiał wiązać życia z lotnictwem. Pochodził spod Nowego Sącza. Skończył lubelski UMCS, uzyskał aplikację radcy prawnego, miał doktorat z nauk politycznych. Sprawdzał się w zarządzaniu. Gdy w 1989 r. zielonogórskie liceum wojskowe stało się zbędne, nie zamknięto szkoły na kłódkę. Bulanda przekształcił je w miejski ogólniak z nietypowym trzysemestrowym modelem nauki, wzorowanym na systemie z USA.
W „lotniku”, w pewnym sensie, uczniowie tworzą swoje plany lekcji. Wybierają przedmioty w wersji maksymalnej i minimalnej. Profilują je. Bulanda miał powtarzać, że to lepszy model, bo mniej męczący dla uczniów, z większym wyborem swojej ścieżki. – Po co mają „kiblować”? – tłumaczył dziennikarzom.
– „Lotnik” to tak naprawdę historia czterech szkół. Wszystkie je łączy postać dyrektora Bulandy – przypominała na jubileuszu 40-lecia Agnieszka Makarska, obecna dyrektorka szkoły.
– Jego odejście jest dla nas wszystkich ogromną stratą. Pozostawił po sobie nie tylko mury szkoły, lecz przede wszystkim wspólnotę ludzi i ducha, który trwa do dziś. To dzięki Niemu „Lotnik” jest stanem umysłu tych, którzy ukończyli tę szkołę, pracowali w niej i kochają ją mimo upływu lat – żegnają w sieci Stefana Bulandę nauczyciele i uczniowie IV LO.
(ał)

Fot. Archiwum prywatne













