Krzysztof Łuczak uczestniczył we wszystkich 40. edycjach Nocnego Biegu Bachusa. W tym roku biegł z numerem 353.

Fot. Marcin Krzywicki/Krzysztof Łuczak uczestniczył we wszystkich 40. edycjach Nocnego Biegu Bachusa. W tym roku biegł z numerem 353.

– Na trzecim okrążeniu myślałem, że umrę ze zmęczenia, ale żona wtedy podała mi witaminę C i dostałem energii – cieszył się na mecie Krzysztof Łuczak. Bo choć Nocny Bieg Bachusa kończył kilkadziesiąt minut po najszybszych, na finiszu witany był jak triumfator!

I tak mógł się czuć, bo jako jedyny wystartował we wszystkich 40 winobraniowych edycjach. W gronie uczestników sobotniej imprezy był prawdopodobnie jedynym, który mógł ze stuprocentową pewnością powiedzieć, co robił 13 września 1986 r. – właśnie wtedy odbył się premierowy Nocny Bieg Bachusa. Wielu z obecnie startujących, w tamtym czasie nie było na świecie. A Łuczak był w gronie 63 śmiałków, którzy wystartowali w pionierskim biegu oraz w gronie 347 uczestników, którzy ukończyli jubileuszową 40. edycję biegowego święta z Bachusem w nazwie.

W klasie z Huszczą

Wszystko, co w życiu ważne, dla pana Krzysztofa dzieje się we wrześniu. Mowa nie tylko o Biegu Bachusa, ale też o małżeństwie, choć trwa ono nieco krócej niż winobraniowe bieganie. – 3 września minęło nam 37 lat. Raz nawet Nocny Bieg Bachusa był 3 września – zaznacza biegacz.

Miłość, tak jak bieganie, zdaniem Łuczaka przedłuża życie, ale bohater naszego tekstu to też dobry rocznik – 1957. Czy w zielonogórskim sporcie można znaleźć większy symbol długowieczności niż rok urodzenia Andrzeja Huszczy? – To ja panu coś powiem! – wtrąca pan Krzysztof. – My z Andrzejem na początku chodziliśmy do jednej szkoły i klasy – w Zawadzie. Tylko później Andrzej poszedł do „a”, a ja do „b”, ale faktycznie mogę się pochwalić, byliśmy nawet razem w klasie! – wspomina legendę Falubazu, sportowca przyzwyczajonego do laurów i zwycięstw. Sam Łuczak też raz stał na podium Nocnego Biegu Bachusa. W 1993 roku zajął trzecie miejsce!

Przyznał się, że lata temu, gdy regularnie meldował się w czołówce, denerwował się na tych, których trzeba było dublować. – Dzisiaj mnie tak dublują, a pamiętam, że wtedy byłem zły i mówiłem: po co oni biegają?! Teraz ich rozumiem i jest mi przykro, że tak wtedy myślałem. Ci dublowani ponoszą często większy wysiłek niż ci, którzy są na czele biegu.

Łuczak podkreśla, że przed laty czołowi biegacze finiszowali nawet z lepszymi czasami niż obecni triumfatorzy. Zdarzali się zwycięzcy, którzy przekraczali linię mety z czasem poniżej pół godziny (w tym roku zwycięzca miał 33:05).

Medale w piwnicy

Jubilat wciąż pozostaje w treningu. Na każde rozbieganie przypadają jednak dwa dni przerwy.

– Jak było kiedyś? – dopytuję.

– Kiedyś codziennie biegałem po 20 km – wspomina i dodaje, że biegając dba przede wszystkim o zdrowie, wyrzucając wirusy z organizmu.

Jako jedyny ma komplet medali Nocnego Biegu Bachusa. Kolekcja na razie schowana jest w piwnicy. Czy doczeka się wyeksponowania? – Muszę zapytać żony. To ona rządzi w domu! – przyznaje pan Krzysztof.

Ale czy będzie 41 medal? O tym zdecyduje sam zainteresowany. Zwłaszcza, że powody do optymizmu są. – Cieszę się, bo w tym roku pobiegłem szybciej niż w ubiegłym. A to znaczy, że może wystartuję za rok? – zastanawia się. Progres o blisko 6 minut na dystansie 10 km musi robić wrażenie! Dopytuję o tę „ zuchwałe myśli” na temat przyszłorocznej edycji: – Ciężko się rozstać z tym biegiem, bo to takie moje życie – przyznaje ze wzruszeniem.

Marcin Krzywicki