
Władysław Czulak/Anna odnalazła w Starym Kisielinie namiastkę wolności i dawnego życia. Władek jakby odmłodniał. Lekarze dają mu teraz 10 mniej
Kiedy mnie zawieziesz do fryzjera – pyta mnie mama. Codziennie rano staje przed lustrem i zastanawia się, w co się ubrać. Jest tu szczęśliwa.
– Rodzina to pewnego rodzaju system, w którym każdy członek pełni określoną rolę. Z czasem te rolę zmieniają się i dzieci przejmują obowiązki rodziców – opowiada Agnieszka Tomczak, kierowniczka Domu Dziennego Pobytu „Senior+” w Starym Kisielinie. Energiczna blondynka, przy wejściu od razu skraca dystans i przechodzi na ty. Skończyła zarządzanie i marketing, miała własną firmę. Przez pięć lat prowadziła też w pojedynkę klub seniora. Na początku roku odpowiedziała na ogłoszenie Miasta, które szukało szefa domu dziennego pobytu. Wygrała konkurs.
Jest mroźny poranek w środku tygodnia. Na parking przed dawnym pałacem Carla Ludwiga von Stoscha podjeżdża auto.
– Proszę zobaczyć – stoimy przy oknie.
– Właśnie dorosłe dziecko przywiozło nam pod opiekę swojego dojrzałego rodzica.
Krystyna i Elżbieta
Dom dziennego pobytu czynny jest od rana do popołudniowych godzin.
Kobiety, które wysiadły z auta, to Krystyna, jedna z podopiecznych ośrodka i jej córka Elżbieta. Krystyna ma 79 lat. Cierpi na chorobę Parkinsona.
– Czasem jej ciało zatrzymuje się i nie może zrobić kolejnego kroku – opowiada Agnieszka, kierowniczka. – Żeby nogi znów chciały ruszyć, musi się uspokoić, powoli podnieść jedno kolano, potem drugie. Czasem trwa to kilkanaście minut.
– Tak jakby mama uczyła się na nowo chodzić – dodaje Elżbieta.
Od kilku miesięcy Elżbieta w drodze do pracy zawozi matkę do ośrodka w Starym Kisielinie.
Pytam, co im to daje? Jak oceniają dom?
Krystyna odpowiada krótko: – Świetnie.
– Świetnie! – potwierdza Elżbieta.
Wspomina: – Zanim mama trafiła do Starego Kisielina, była przez jakiś czas sama w domu. Dwa razy niefortunnie upadła. Ustaliłyśmy więc, że będziemy się kontrolnie zdzwaniać w ciągu dnia. O stałych godzinach: rano, w południe i po południu. Przez telefon wszystko było w porządku. Wracam z pracy, wchodzę do kuchni, a tam na podłodze rozbite szkło. Bo znów coś jej z rąk wypadło.
Mama jest osobą silną, małomówną. Nigdy nie mówi o swoich słabościach. Trzeba ją o wszystko pytać. I jeszcze wiedzieć, jak to pytanie zadać.
W pewnym momencie stało się dla nas jasne, że dłużej nie może być sama.
Elżbieta szukała pomocy w różnych miejscach. W końcu wsiadła w auto i objechała miejskie ośrodki wsparcia dla seniorów.
Opowiada: – Fizycznie nie byłam już w stanie godzić opiekę nad mamą z pracą zawodową. I wtedy mama trafiła pod skrzydła cudownej Agnieszki Tomczak. Ulgę, jaką poczułam, trudno wyrazić słowami. “Kiedy mnie zawieziesz do fryzjera” – pyta. Codziennie rano staje przed lustrem i zastanawia się, w co się ubrać. Przed samym wyjściem mówi: „Zarzuć mi jeszcze na szyję korale”. Chce wyglądać ładnie. Chce przeżyć fajnie czas, który jej pozostał. I nic ją tak nie motywuje jak pokoleniowa wspólnota.
Agnieszka Tomczak potwierdza: – Kiedy Krystyna wychodzi do parku, wstępują w nią niespożyte siły. Potrafi okrążyć park pięć razy z rzędu, i to bez zatrzymania się.
Elżbieta: – Mama jest tu po prostu szczęśliwa.
Anna i Władek
Z okien pałacu rozpościera się widok na zabytkowy park. Jest też zadbany ogród i warzywnik zbity desek przez ponad 30 podopiecznych domu. Aż do późnej jesieni dojrzewały w nim soczyste pomidory i ogórki. Latem w parku seniorzy uprawiali gimnastykę i malowali obrazy.
Często razem z przedszkolakami, które mają siedzibę piętro wyżej. Dzieci stały od rana przy oknie i wypatrywały seniorów. Dziś personel zorganizował im potańcówkę.
– Nie spodziewałem się tu takiej dobroci – uśmiecha się do mnie Władysław, były tokarz. Siedzi przy stole (w koszuli, wełnianym eleganckim pulowerze) i obserwuje, jak inni grają w brydża. Co chwilę podnosi wzrok i szuka żony Anny. Choruje na alzheimera.
Anna (siedzi vis-à-vis i mruga do męża porozumiewawczo okiem): – Władek przy mnie czuje się bezpiecznie. Wpada w panikę, kiedy traci mnie z oczu.
Czasem wynikają z tego zabawne sytuacje. Ostatnio Anna brała udział w pokazie mody dla seniorów. Wchodzi na wybieg w pięknej sukni, sala pełna ludzi, a Władek wbiega za nią.
Anna: – W końcu dał się jakoś przebłagać i został pod sceną. Niestety, mąż wymaga już stałej opieki. Jest nieprzewidywalny. Miesiąc temu w nocy poszedł do toalety. Słyszę, że przekręca klucz w zamku. Wychodzę na korytarz, o on już koło windy stoi. Chciał zjechać na dół, choć nie wiedział po co. Czasem mówi, że widzi nieżyjącą mamę. Był czas, że mnie nie poznawał. Był agresywny. Pełen złości, a ja pełna lęku.
Jakiś czas temu geriatrzy zmienili mu terapię, dostał nowe leki. Jest dobrze.
W ośrodku Władek jest pogodny, towarzyski. Potrafi opowiadać godzinami historie sprzed lat. Na przykład, jak był małym chłopcem i zapomniał zaprowadzić na pastwisko krowę. Potem sfingował, że krowa od rana się tam pasła. Dostał za to kłamstwo lanie od ojca. Pamięta dokładnie, jaka była wtedy pogoda i jaką minę miał ojciec.
Anna: – Jego opowieści są z pozoru spójne i logiczne. Ale gdyby zapytać go, co jadł dziś na obiad, nie wie, i koniec.
Co daje dom dzienny Władkowi? Anna: – Gimnastyka, ćwiczenia mózgu, warsztaty plastyczne to wszystko działa na Władka jak antidotum. Choroba postępuje wolniej, Władek jest w świetnej kondycji fizycznej. Lekarze dają mu dziesięć lat mniej – opowiada.
Agnieszka: – Dzienne domy to ważne i przyjazne miejsce. Mimo to spotkałam się kilka razy z opinią, że to przechowalnia, umieralnia. To bardzo szkodliwe i krzywdzące – mówi.
A co daje dom dzienny Annie? – Namiastkę wolności i dawnego życia. Możliwość pobycia wśród ludzi – mówi. – Czułam się wcześnie taka samotna. W bloku, do którego się przeprowadziliśmy, nikogo nie znamy. Do znajomych mamy daleko. Dom dzienny stał się więc dla mnie rodzajem terapii. Wreszcie mogę odpocząć.
PS. Dom dziennego pobytu w Starym Kisielinie działa od początku roku. Oprócz Agnieszki Tomczak pracuje w nim czwórka opiekunów: Aneta Pazera, Kamil Skrzypczyński, Patrycja Mróz i Magdalena Zamojska. Zajmują się ponad 30 podopiecznymi. Ponad połowa z nich jest po zwałach, udarach, cierpi na choroby neurodegeneracyjne. I wymaga opieki. Ośrodek gwarantuje podopiecznym terapie, zajęcia ogólnorozwojowe, warsztaty i częściowo odpłatne posiłki. W kolejce na przyjęcie czeka tu obecnie kilkanaście osób.
Na prośbę bohaterów, zmieniłam niektóre ich imiona.
Domy dla seniorów:
W Zielonej Górze obecnie funkcjonują trzy Dzienne Domy Pobytu dla Seniorów: „Senior+ przy ul. Reja, „Senior-Wigor” na osiedlu Pomorskim, i „Senior+” w Starym Kisielinie.
Łącznie opiekują się 98 osobami. Rocznie miasto wydaje na utrzymanie funkcjonujących już ośrodków ok. 3,8 mln zł. Kwota zawiera dotację z Wieloletniego Programu „Senior+” (ok. 380 tys. zł).
Barbara Szymańska, dyrektorka Wydziału Zdrowia i Spraw Społecznych Urzędu Miasta Zielona Góra: – Pomysł na rozbudowę sieci placówek wsparcia dziennego dla seniorów podyktowany jest lawinowo rosnącymi potrzebami w tym zakresie. Ma to bezpośredni związek z tym, że coraz większą część społeczeństwa stanowią osoby w podeszłym wieku.
Uczestnictwo w aktywnościach proponowanych przez placówki wsparcia dziennego wydłuża seniorom zarówno czas sprawności intelektualnej, fizycznej, jak i odsuwa w czasie potrzeby związane z koniecznością objęcia seniora indywidualną opieką. Nie sposób pominąć także kwestii, iż zabezpieczenie potrzeb osób w podeszłym wieku poprzez umożliwienie im uczestnictwa w dziennych domach pobytu i klubach seniora minimalizuje ryzyko wystąpienia zdarzeń niebezpiecznych w miejscach zamieszkania, gdzie senior długi czas zmuszony jest do przebywania w samotności.
W styczniu 2026 r. miasto planuje uruchomić kolejną placówkę – Klub Seniora w Drzonkowie z dwiema filiami: w Suchej i Kiełpinie dla kolejnych 50 seniorów.
Sylwia Sałwacka











