– Filharmonia przestaje być postrzegana jako „muzeum”. Koncert staje się dziś żywym, współczesnym doświadczeniem – mówi Rafał Kłoczko, dyrektor Filharmonii Zielonogórskiej, która w tym roku obchodzi swoje 70-lecie.
Agnieszka Hałas: – Od objęcia stanowiska w 2021 roku mocno postawił pan na renomę instytucji – podobno dziś mówi się już nie „czy”, ale „kiedy” dany artysta wystąpi w Filharmonii Zielonogórskiej. Co nas wyróżnia na tle kraju?
Rafał Kłoczko: – Wyróżniamy się czymś, co trudno zmierzyć statystykami, czy liczbą foteli na widowni, a co artyści i melomani odczuwają od pierwszych chwil spędzonych w naszej instytucji. To wyjątkowa atmosfera, którą budujemy – orkiestra, administracja, technicy, wszyscy bez wyjątku. Goście, którzy tu przyjeżdżają – czy to światowej sławy soliści, czy dyrygenci o ugruntowanej pozycji – często powtarzają to samo: „Tu chce się wracać!”. Filharmonia Zielonogórska ma swoją markę, a każdy, kto do nas przyjeżdża, może czuć się „gościem specjalnym”. Przyjezdni często podkreślają, że nasi muzycy tworzą zespół, który jest dowodem na to, że orkiestra to jeden organizm. To osoby, które współtworzą każdy koncert, dialogują z solistami, inspirują dyrygentów, a wspólne muzykowanie to autentyczna radość, a nie tylko rzemiosło. W Zielonej Górze nie tylko się koncertuje – tu się przyjeżdża tworzyć. Razem.
– Jak publiczność zmieniła się przez ostatnie lata?
– Niektóre statystyki mówią o tym, że obniżyła się średnia wieku naszych odbiorców. To z pewnością nie jest przypadek. Dużą rolę odegrały tu media społecznościowe. Filharmonia przestaje być postrzegana jako „muzeum”. Koncert staje się dziś żywym, współczesnym doświadczeniem. Zupełnie nową publiczność przyciągnął również nasz chór. Równie mocny impuls dała muzyka z gier komputerowych czy koncerty kameralne. To mosty, które budujemy między pokoleniami i gatunkami. W efekcie mamy dziś widownię bardzo zróżnicowaną, otwartą, głodną wrażeń, aktywną i chętnie komentującą.
– W tym roku FZ obchodzi swój 70 jubileusz, choć tak naprawdę wszystko zaczęło się od ludzi, nie instytucji. Pierwsza była orkiestra. Jakie były jej początki?
– Tę historię znam ze starych gazet. W 1956 roku powstało stowarzyszenie „Orkiestra Symfoniczna w Zielonej Górze”. Na początku było to 25, a później 40 pasjonatów muzyki, którzy do Zielonej Góry przyjeżdżali również ze Wschowy, Nowej Soli czy Zbąszynka. Próby odbywały się w teatrze, a pierwszy koncert miał miejsce 29 maja 1956 roku i – sądząc po zachowanej recenzji koncertu – spotkał się z ogromnym zainteresowaniem mieszkańców.
– Od tamtego czasu sporo się zmieniło. Jakie były przełomowe momenty?
– To szereg decyzji i inwestycji, które nadały filharmonii dzisiejszy kształt. Najpierw 1974 rok – uzyskanie statusu pełnoprawnej filharmonii, co pozwoliło na rozwój profesjonalnego zespołu i ambitniejszy repertuar. Potem 1982 rok – nadanie imienia Tadeusza Bairda. W latach 90. powstał budynek administracyjny i zaplecze – fundament logistyczny, bez którego dalszy rozwój byłby trudny. I wreszcie 2004 rok – oddanie do użytku Sali Koncertowej MCM. Z kameralnej sali na 200 osób przeszliśmy do przestrzeni na prawie 400 miejsc, co umożliwiło większe formy symfoniczne i wykonywanie dzieł wokalno-instrumentalnych.
– Jeśli mowa o gwiazdach, to kto zagości na scenie podczas 70. urodzin filharmonii?
– Między innymi Piotr Beczała i Aleksandra Kurzak. To artyści, których kalendarze są zapełnione na kilka, a czasem nawet na kilkanaście lat naprzód. Metropolitan Opera, La Scala, Royal Opera House, koncerty na całym świecie… To nazwiska z absolutnej światowej czołówki, które podkreślają wagę naszego jubileuszu. Piotr Beczała wystąpi u nas 10 kwietnia w ramach gali operowej „Głos, który wzrusza” – z Orkiestrą Symfoniczną Filharmonii pod batutą Bassema Akiki. Z kolei światowej sławy sopranistka Aleksandra Kurzak zaszczyci nas 15 maja galą „Głos, który oczarowuje”, razem z naszą orkiestrą, pod moim kierownictwem. To będzie preludium do samego finału jubileuszu – ledwie dwa tygodnie przed koncertem 29 maja.
– Kulminacją obchodów będzie koncert, który nie będzie prowadzony tylko przez jednego dyrygenta. Na scenie, obok pana, obecnego dyrektora Filharmonii Zielonogórskiej, pojawi się pański poprzednik maestro Czesław Grabowski oraz pochodzący z Zielonej Góry, zdobywający światowe szczyty Jakub Przybycień. Jak powstał pomysł na taki wielopokoleniowy „podział batuty”?
– Zdradzę jeszcze, że w repertuarze znajdą się utwory napisane specjalnie z okazji jubileuszu, a koncert odbędzie się w piątek, 29 maja – dokładnie 70 lat od pierwszego koncertu zielonogórskich filharmoników. Pomysł na wielopokoleniowy podział batuty zrodził się naturalnie – z przekonania, że historia instytucji to historia osób, które ją współtworzyły i współtworzą. To nić łącząca przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Nie chciałem, by ten wieczór był monologiem, przecież najpiękniejsze harmonie to współbrzmienie wielu głosów. Tak jak w IX Symfonii d-moll Beethovena, którą również wykonamy. To dzieło, które zabrzmiało przed dwudziestoma laty podczas otwarcia Sali Koncertowej MCM.
– Jakie emocje towarzyszą panu podczas jubileuszu?
– Przede wszystkim ogromna odpowiedzialność – nie tylko wobec publiczności, artystów i pracowników, ale także wobec tych wszystkich dekad, które poprzedziły mój przyjazd do Zielonej Góry. Poprzedni dyrektor piastował tę funkcję przez 35 lat. Dlatego naturalne, że moment, w którym na tym samym fotelu zasiadł nowy dyrektor, był – i w pewnym sensie wciąż jest – znaczącą zmianą dla wielu osób. Mam poczucie kontynuowania dzieła, a jednocześnie odpowiedzialności za jego rozwój. A obok tego wszystkiego – radość, że możemy razem przeżywać ten piękny jubileusz. Bo 70 lat to nie tylko okrągła liczba w kronice – to setki koncertów, tysiące wzruszeń, wiele pokoleń melomanów, którzy doświadczają najpiękniejszej ze sztuk – muzyki. Staramy się uczcić ten moment przede wszystkim żywą, ambitną i emocjonalną muzyką – taką, która będzie godna tych 70 lat i jednocześnie otworzy drzwi na kolejne dekady.

Fot. Władysław Czulak
Rafał Kłoczko
Dyrygent, kompozytor, aranżer, teoretyk muzyki. Kształcił się w Gdańsku, Krakowie i Wiedniu. Poprowadził kilkaset koncertów kameralnych i symfonicznych, a także – również jako kierownik muzyczny – kilkanaście tytułów operowych. Szczególnym zainteresowaniem darzy właśnie operę.











